Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Kształtem nieco przypominała szebekę, gdyż miała smukły dziób i takąż rufę, natomiast dość szerokie śródokręcie, ale zamiast z desek, kadłub zbudowano z ciasno ze sobą powiązanych pęków trzciny. Ma się rozumieć, w tak kruchej konstrukcji nie dało się osadzić tradycyjnego masztu, wobec czego w miejscu, gdzie powinien się znajdować, postawiono trzy połączone linami, dość giętkie tyki.
Najkrótszy bok trójkąta biegł w poprzek pokładu, od burty do burty, dłuższe natomiast wznosiły się w górę, tworząc coś w rodzaju rusztowania, na które wciągano lniany żagiel. Mój miecz znajdował się teraz w rękach hetmana. Jak tylko rzucono cumy, Pia dała wielkiego susa i wskoczyła na pokład. Hetman zaczął ją okładać, krzycząc przy tym z wściekłością, ale że nie jest łatwo sterować niewielką łódką uganiając się jednocześnie za kimś po pokładzie, odesłał ją, zalewającą się łzami, na dziób, i pozwolił zostać. Zapytałem go, dlaczego tak bardzo zależy jej na tym, by z nami płynąć, choć wydawało mi się, że znam odpowiedź na to pytanie. - Moja żona dokucza jej, kiedy nie ma mnie w domu - wyjaśnił. - Bije ją i każe całymi dniami szorować podłogę. To tylko z korzyścią dla niej, a w dodatku ma się z czego cieszyć, kiedy wracam, ale mimo wszystko woli płynąć ze mną, a ja, jeśli mam być szczery, wcale jej się nie dziwię. - Ani ja - powiedziałem, odwracając twarz od jego kwaśnego oddechu. - Poza tym będzie mogła zobaczyć zamek, zapewne po raz pierwszy w życiu. - Widziała jego mury setki razy. Należała do ludzi jeziora, którzy przenoszą się z miejsca na miejsce, gnani wiatrem, dzięki czemu wszystko widzą. Jeżeli oni byli gnani wiatrem, to my także. Powietrze czyste jak sam duch wypełniło żagiel, nasza łódź o szerokim kadłubie przechyliła się lekko na jedną burtę i ruszyła przed siebie. Niebawem wioska znikła za krawędzią horyzontu, ale białe szczyty gór były nadal doskonale widoczne, zdając się wyrastać bezpośrednio z jeziora. ROZDZIAŁ XXX SÓD Mieszkający nad jeziorem rybacy byli tak prymitywnie uzbrojeni - znacznie gorzej nawet od autochtonów, jakich widywałem w Thraksie - iż dopiero po dłuższym czasie zauważyłem, że w ogóle mają przy sobie jakąś broń. Na pokład weszło ich nieco więcej, niż trzeba było do sterowania i operowania żaglem, ale początkowo przypuszczałem, że będą potrzebni jako wioślarze lub jako honorowa eskorta, mająca dodać prestiżu hetmanowi, kiedy ten wejdzie do zamku, prowadząc ze sobą więźnia. Za pasami nosili noże o prostych, wąskich ostrzach, takie same, jakimi posługują się rybacy na całym świecie, w przedniej części łodzi zgromadzono zaś sporo długich ościeni używanych do połowu ryb, z haczykowatymi ostrzami, ale nie dało mi to nic do myślenia. Dopiero kiedy pojawiła się jedna z pływających wysp, które tak bardzo chciałem ujrzeć, a jeden z mężczyzn zaczai przekładać z ręki do ręki grubą pałkę nabijaną zębami zwierząt, domyśliłem się, iż dodatkowa załoga to w rzeczywistości strażnicy, i że istnieją jakieś zagrożenia, przed którymi mają nas bronić. Sama wyspa wyglądała zupełnie zwyczajnie, przynajmniej do chwili, kiedy zauważyłem, że naprawdę się porusza. Była płaska, bardzo zielona, a w najwyższym miejscu wzniesiono małą chatkę. Podobnie jak nasza łódź, wykonana była z trzciny i nakryta strzechą z tego samego materiału. Na wyspie rosło kilka wierzb, przy brzegu natomiast uwiązano długą wąską łódź, także z trzciny. Kiedy odległość zmniejszyła się jeszcze bardziej, zobaczyłem, że sama wyspa również jest z trzciny, tyle tylko, że żywej; niezliczone świeże łodygi nadawały jej charakterystyczną zieleń, a splątane korzenie utworzyły coś w rodzaju tratwy, na której osadziła się warstwa gleby - albo została przyniesiona przez mieszkańców. Należało przypuszczać, iż korzenie wysokich drzew sięgają daleko w głąb wody. W pewnej chwili dostrzegłem także zadbane poletko z warzywami. Ponieważ wszyscy na pokładzie - z wyjątkiem dziewczyny - przyglądali się wyspie z wyraźną niechęcią, ja obserwowałem ją z sympatią i zaciekawieniem. Nietrudno mi przyszło ją pokochać, gdyż stanowiła jedyną plamkę zieleni na tle chłodnego, nieskończonego błękitu jeziora Diuturna oraz głębszego, cieplejszego, ale równie nieskończonego błękitu nieba, przystrojonego koroną słońca, o płaszczu usianym srebrzystymi gwiazdami. Gdybym spoglądał na tę scenę jak na obraz, bez wątpienia dostrzegłbym w niej więcej ukrytej sym-boliki (idealnie pozioma linia horyzontu dzieli płótno na dwie równe części, pośrodku kropka zieleni z zielonymi drzewami i brązową chatą) niż wielu wytrawnych znawców sztuki. Jednak kto byłby w stanie powiedzieć, co oznaczają te symbole? Nie wydaje mi się możliwe, aby symbole, jakie dostrzegamy w naturalnych krajobrazach, były nimi tylko dlatego, że my je widzimy. Nikt przecież nie waha się nazwać szaleńcami zwolenników solipsyzmu, którzy twierdzą, jakoby świat istniał tylko dlatego, że oni na niego patrzą i że budowle, góry, a nawet my sami (chociaż rozmawiali z nami zaledwie kilka chwil temu) znikniemy, kiedy odwrócą od nas głowy. Czyż nie jest takim samym szaleństwem wiara, że w identyczny sposób niknie znaczenie przedmiotów? Jeżeli Thecla symbolizowała miłość, której, przynajmniej moim zdaniem, byłem niegodny, to czy jej symboliczna siła ulatniała się zaraz po tym, jak zatrzasnąłem za sobą drzwi celi? W takim razie równie dobrze można powiedzieć, że zawartość tej księgi, nad którą pracuję od tak wielu wacht, zamieni się w nicość w chwili, gdy zamknę ją po raz ostatni i każę zanieść do trwającej wiecznie biblioteki starego Ultana. Kiedy tak tęsknie obserwowałem uroczą wyspę, w duchu obrzucając hetmana najgorszymi obelgami, doszedłem do wniosku, iż najważniejszą sprawą jest ustalenie znaczenia tych symboli. Bez tego wszyscy będziemy jak dzieci, co spoglądają na zapisaną kartkę i widzą, że przedostatnia litera przypomina węża, ostatnia zaś miecz. Nie wiem, jaką wiadomość miały przekazać mi mała, przytulna chatka i zielony ogród, zawieszone między dwiema nieskończonościami. Ja na ich widok zacząłem marzyć o domu i wolności - szczególnie o wolności, która pozwoliłaby mi do woli wędrować po górnym i dolnym świecie, a także cieszyć się wszelkimi wygodami. Nigdy nie pragnąłem jej równie mocno, nawet wówczas, kiedy byłem więźniem zamkniętym w przedpokoju Domu Absolutu, ani kiedy byłem więziony przez katów w Starej Cytadeli.
|
Wątki
|