– A zatem – odzywa się dźwięcznym, jasnym głosem – sto czterdzieści i pięć franków! Po pierwsze...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
..
po...
– Za pozwoleniem! – przerywa nagle Tödi-Mayer. – Czy tylko joppa należy istotnie do starego?
Pan Radca marszczy piękne, gładkie czoło.
– To nie może wchodzić w zakres roztrząsań gminy! – rzecze z godnością, a woźny odwraca się do
kąta i kaszle głośno.
24
– Jak to nie może? – ujmuje się za sąsiadem Spengler. – Gmina musi wiedzieć, co daje, a ten kto
bierze, musi wiedzieć, co bierze. To jasne!
– Joppa twoja? – pyta Tödi-Mayer zwracając się bezpośrednio do starego Kuntza.
Ale Kuntz nie słyszy.
Lewa jego powieka drży coraz silniej, spojrzenie słupieje. Widzi, jak syn oddala się i jak we drzwiach
znika. W chwilę potem widzi go jeszcze raz przez otwarte okno i słyszy szczebiot dziecka. Idą...
Przeszli.
Stary opuszcza głowę i trzęsie nią w milczeniu. Potem ściska powieki z całej, z całej siły. Coś mu żre
oczy; słonego coś, gorzkiego... Żre i pali...
– Słyszysz, stary? – powtarza Tödi-Mayer głośniej. – Pożyczył ci kto joppy, czy własna?
Usłyszał wreszcie. Miesza się, spogląda po sobie, zaczyna szybko mrugać czerwonymi oczyma i
rzuca ukradkiem spojrzenia w kąt, gdzie woźny stoi.
Tödi-Mayer uderza pięścią w balaski.
– Ależ to oszukaństwo! – wybucha gniewnie.
– Tak! Tak – odzywa się kilka naraz głosów.
Szmer rośnie w sali; oburzenie udziela się wszystkim.
– Człowiek ma miłosierdzie – woła Tödi-Mayer szeroko rozkładając wielkie czerwone ręce – bierze
sobie za marny grosz taki ciężar na kark, ale chce, żeby interes rzetelnie był zrobiony. To trudno!
– Tak! Tak – potwierdza więcej jeszcze głosów. Ponad wszystkimi słychać głos Spenglera. Na twarz
pana Radcy bucha płomień gniewu.
– Ściągaj kurtę! – krzyczy na starego, a Kuntz Wunderli z pośpiechem rozpinać ją zaczyna.
Nie idzie to łatwo. Ręce mu się trzęsą, pokurczone palce nie trafiają do guzików od razu; staremu
pomaga woźny, ściągając ze złością rękawy. Jako urzędnik gminy, czuje się on niemal tak samo
dotknięty jak pan Radca.
– Kapuściana głowa! Niedołęga! – szepcze przyciszonym, zirytowanym głosem, szarpiąc na
przemian to jeden, to drugi rękaw nieszczęsnej kurty, po której zdjęciu ukazuje się cała wyjątkowa
nędza zapadłych piersi i wychudzonych żeber kandydata, ledwie co okrytych srodze łataną koszulą i
szczętami letniej kamizelki.
Stary Wunderli drży silnie, częścią z chłodu, z częścią ze strachu. Wydało się... Co teraz będzie?
Wszystko się wydało...
W niezmiernym pomieszaniu podnosi do szyi obie trzęsące się ręce i usiłuje rozplątać misternie przez
woźnego zadzierzgnięty fontaź.
– I chustka nie twoja? – krzyczy Tödi-Mayer zdjęty ostatnią pasją w swym rozczarowaniu.
– Nie moja... – odpowiada ledwie słyszalnym szeptem Kuntz Wunderli.
– Woźny wyszarpuje mu ją z ręki.
– Kapuściana... ośla... barania głowa! – mówi przez zęby z naciskiem.
Historia z chustką więcej go jeszcze gniewa niźli historia z kubrakiem. Inicjatorem pożyczki kubraka
nie był sam: podsunął ją mimochodem pan Radca, zważywszy, iż kandydat był zbyt źle odziany, aby
mógł się pokazać w urzędowej części sali.
Ale chustka! Chustka był własnym pomysłem woźnego. Sam ją wiązał, włożył w wiązanie to coś z
artystycznych instynktów swoich, coś z własnej duszy... Zdejmowanie jej nie było zresztą rzeczą
konieczną, nikt chustki nie podejrzewał, nikt nie pytał o nią. Rozdrażnienie woźnego jest tak wielkie, iż
zmiąwszy ten niebieski bawełniany szmatek w obu rękach, ciska go ze wstrętem pod wieszadło u drzwi
stojące. Nie może w tej chwili dać dobitniejszego wyrazu oburzeniu swemu i swej wielkiej wzgardzie.
Ale Kuntz Wunderli stoi tymczasem przed publicznością zawstydzony, zgnębiony, odarty z uroku.
Teraz dopiero można się przypatrzeć jego kolanom, tak ku przodowi wygiętym, że cała postać
przysiadać się zdaje, teraz można widzieć jego wykręcone, ciężkie stopy i jasnokościste łokcie.
Najzabawniejsze wszakże wrażenie robi szyja starego. Jest ona tak cienką, że zdaje się biczem
przetrząsnąć by ją można. W ogóle czyni ona starego podobnym do oskubanego ptaka; a to tym bardziej,
że nie podparta sztywnym fontaziem głowa wydaje się przy tej cienkiej, zwiędłej szyi niepomiernie
wielka i ciężka. Opada to na jedną, to na drugą głęboko zaklęsłą jamę obojczyka.
Wesołość teraz wybucha na sali; jedni śmieją się dobrodusznie, drudzy złośliwie, poglądając przy
tym na Tödi-Mayera. Najlitościwszy kiwają głowami i uśmiechają się z lekka.
25
– Ecce homo! – odzywa się kotlarz Kissling, który ma brata dozorcę w kantonalnej bibliotece i darmo
czytuje książki.
Szeroki wybuch śmiechu przyjmuje to porównanie. Większość mniema, iż jest to przymówka do
szczytu wznoszącego się poza Mythenami, Dużym i Małym, który się „Ecce homo” zowie w
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.