Przy kolacji Szmendryk snuł opowieści z życia wędrownego wieszczka, faszerując je królami, smokami oraz szlachetnymi damami...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Nie tyle kłamał, ile nadawał zdarzeniom nieco bardziej sensowny bieg, więc jego historie nawet dla nie w ciemię bitych rajców miały posmak prawdy. I nie tylko rajcy, lecz także przechodnie wszelkich stanów pochylali się z uwagą, pragnąc pojąć istotę zaklęcia, które przy odpowiednim zastosowaniu zdolne jest otworzyć każdy zamek. A już widok blizn na palcach czarodzieja wszystkim po prostu dech zaparł.
– Pamiątka po spotkaniu z harpią – beznamiętnie wyjaśnił Szmendryk. – Te bestie gryzą.
– A nigdy się nie bałeś, panie? – spytała jakaś młoda dziewczyna. Burmistrz syknął karcąco, ale czarodziej zapalił cygaro i uśmiechnął się do niej poprzez kłęby dymu.
– Strach i głód pozwoliły mi zachować młodość – odparł. Potoczył wzrokiem po drzemiących rajcach, którym burczało w brzuchach, i bezczelnie mrugnął do dziewczyny.
Burmistrz wcale się nie obraził.
– Racja – westchnął, pieszcząc splecionymi palcami dopiero co spożyty posiłek. – Całkiem godziwie nam się tu żyje, chyba że nie wiem, czym jest godziwy żywot. Czasem nawet myślę sobie, że trochę strachu, trochę głodu może by nam dobrze zrobiło... podszlifowałoby dusze, by tak rzec. Toteż zawsze radzi witamy przybyszów, którzy mają co opowiedzieć i wyśpiewać. Poszerzają nasz światopogląd... zwracają spojrzenie ku wnętrzu... – Ziewnął, przeciągnął się i zagulgotał.
Wtem któryś rajca zawołał:
– Rety, spójrzcie no na łąkę!
Ociężałe głowy obróciły się na chwiejnych szyjach i wszyscy zobaczyli, że krowy, owce i konie zbiły się w gromadę w najdalszym rogu pastwiska i stoją zapatrzone w klacz czarodzieja, która spokojnie skubie chłodną trawę. Zwierzęta milczały jak duchy, nawet świnie i gęsi nie hałasowały. Gdy w oddali zakrakała wrona, jej głos poniósł się wśród zmierzchu jak samotna drobinka popiołu.
– Niesłychane – rzekł burmistrz półgłosem – Doprawdy niesłychane.
– Tak, rzeczywiście – zgodził się Szmendryk. – Gdybym wam powiedział, ile mi za nią dawano...
– Najciekawsze – powiedział ten rajca, który pierwszy zauważył, co dzieje się na łące – że one chyba wcale jej się nie boją. Raczej oddają hołd, zdjęte nabożnym lękiem.
– Widzą to, co wyście już widzieć zapomnieli. – Czarodziej zdążył tymczasem wypić swoją miarkę burgunda, a dziewczyna patrzyła nań oczami słodszymi i mniej przepastnymi niż oczy Jednorogini. Walnął szklanicą w stół i rzekł do uśmiechniętego burmistrza:
– To istota bardziej niespotykana, niż waści się roi. To żywy mit, wspomnienie, błędny ogon. Błotny ognik. Kto pamięta, kto pragnie...
Przerwał mu tętent kopyt i zgiełk dzieciarni. Na plac wgalopowało z wyciem i śmiechem kilkunastu jeźdźców odzianych w łachmany w barwach jesieni, roztrącając mieszczan jak kręgle. Zaczęli kłusować gęsiego wokół rynku, obalając wszystko, co stało im na drodze, wrzeszcząc, chełpiąc się nie wiadomo czym i wyzywając do walki nie wiadomo kogo. Jeden uniósł się w strzemionach, napiął łuk i zestrzelił kurka z kościelnej iglicy. Drugi ściągnął Szmendrykowi kapelusz z głowy, wbił go na własną i rycząc pojechał dalej. Niektórzy poprzewieszali sobie przez siodła rozwrzeszczane dzieci. Inni zadowolili się kanapkami i bukłakami z winem. Z ich kudłatych pysków łyskały dzikie ślepia, a śmiech brzmiał jak łoskot bębnów.
Pulchny burmistrz nie stracił rezonu, tylko zaczekał, aż spotka się wzrokiem z głównym zabijaką, a wtedy uniósł brew. Jeździec pstryknął palcami i od razu konie znieruchomiały, a obszarpańcy ucichli jak miejscowa trzoda wobec jednorożca. Ostrożnie pozsadzali dzieci z koni i zwrócili większość bukłaków.
– Jack Brzęk, bądźże łaskaw – spokojnie rzekł burmistrz.
Przywódca – olbrzymie chłopisko, siedem stóp wzrostu bez mała – zsiadł z konia i wolno podszedł do stołu. Przy każdym jego kroku rozlegał się szczęk i pobrzękiwanie kółek, dzwonków i bransolet przyszytych do połatanego kaftana.
– Brywieczór, wasza miłość – prychnął szorstko.
– Załatwmy, co mamy do załatwienia – powiedział burmistrz. – Nie rozumiem tylko, czemu nigdy nie możecie wjechać do miasta spokojnie, jak cywilizowani ludzie.
– Oj, wasza miłość, chłopcy nie mają złych zamiarów – dobrotliwie zagderał wielkolud. – Po całych dniach siedzą zaszyci w krzaczorach, to muszą sobie czasem pofolgować. Należy im się mała, jak to mówią, katharsis. No, ale do rzeczy. – Wyjął zza pasa chudą sakiewkę i wzdychając wetknął ją burmistrzowi w otwartą dłoń. – W ręce waszej miłości. Dużo tego nie jest, ale więcej nie wyłuskamy.
Burmistrz wysypał monety na dłoń i jął trącać je tłustym palcem, pochrząkując.
– Rzeczywiście niewiele – sarknął. – Już miesiąc temu daliście mi ledwo na otarcie łez, a tym razem jeszcze mniej. Nędzna z was szajka i tyle.
– Ciężkie czasy – ponuro odrzekł Jack Brzęk. – Nie nasza wina, że podróżni mają nie więcej złota niż my sami. Jak to mówią, nie wyciśniesz z rzepy krwi.
– A właśnie, że wycisnę – powiedział burmistrz. Zmarszczył się okrutnie i pogroził pięścią olbrzymiemu zbójcy. – Jeśli zatrzymujecie sobie koszyczkowe, jeśli moim kosztem porastacie w piórka, to was ścisnę, kochasiu, zetrę na proch i puszczę go z wiatrem. Zabieraj mi się stąd i powtórz to swojemu kapitanowi, temu oberwańcowi. Precz, łotry!
Jack Brzęk odwrócił się, mrucząc pod nosem, ale Szmendryk chrząknął i rzekł z wahaniem:
– Poprosiłbym o zwrot kapelusza.
Olbrzym spojrzał na niego oczami przekrwionymi jak u bawołu i nic nie powiedział.
– Kapelusz – domagał się czarodziej nieco pewniejszym tonem. – Zabrał mi go jeden z waszych ludzi. Mądrze zrobi, jeśli odda.
– Mądrze? – prychnął wreszcie Jack Brzęk. – A coś ty za jeden, że wiesz, co mądre?
W oczach Szmendryka też jeszcze musowało wino.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….