Po chwili namysłu moja matka pokręciła głową...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ojciec upił spory łyk z kubka, po czym poszedł za jej przykładem.
– Nie chcę przez to powiedzieć, że gdzieś istnieją jacyś Chandrianie, którzy uderzają jak grom z jasnego nieba. Ale wszędzie wszyscy się ich boją. W takich wypadkach zazwyczaj istnieje po temu powód. – Ben wyszczerzył zęby, a potem przechylił gliniany kufel tak, że ostatnie krople piwa pociekły na ziemię. – A imiona to dziwne rzeczy. Niebezpieczne rzeczy. – Obrzucił ich znaczącym spojrzeniem. – Tego jestem pewien, ponieważ jestem człowiekiem wykształconym. Jeśli przy okazji jestem też trochę przesądny... – Wzruszył ramionami. – Cóż, to mój wybór. Jestem stary. To wy powinniście mnie rozśmieszać.
– Dziwne, ale jakoś nie zwróciłem uwagi na to, że obraz Chandrian jest wszędzie taki sam. A przecież powinno mi się to rzucić w oczy. – Ojciec z namysłem potrząsnął głową, jakby chciał w ten sposób rozjaśnić myśli. – Myślę, że do kwestii imion możemy wrócić później. O czym chciałeś z nami porozmawiać?
Zacząłem się już zbierać do odwrotu, nim zostanę zauważony, ale to, co Ben powiedział później, sprawiło, że zamarłem.
– Prawdopodobnie trudno wam to dostrzec, ponieważ jesteście jego rodzicami i tak dalej... Ale wasz młody Kvothe to dość bystry dzieciak. – Ben napełnił ponownie swój kufel, a potem podsunął dzban ojcu, który jednak odmówił. – W istocie bystry to niedopowiedzenie.
Moja matka wpatrywała się w Bena znad brzegu swojego kubka.
– Każdy, kto spędzi z nim jakiś czas, łatwo się zorientuje, Ben. Nie rozumiem, po co robić wokół tego szum. A zwłaszcza do ciebie się to odnosi.
– Nie wydaje mi się, abyś w pełni rozumiała sytuację – powiedział Ben, wyciągając nogi tak, że stopy prawie dotykały ognia. – Ile czasu zabrała mu nauka gry na lutni?
Ojciec wydawał się zaskoczony, jak mi się zdawało, nagłą zmianą tematu.
– Nauczył się błyskawicznie, czemu?
– Ile miał lat?
Ojciec w milczeniu parę razy lekko szarpnął się za brodę. W zapadłej ciszy głos matki brzmiał niczym dźwięk fletu:
– Osiem.
– Postarajcie się sobie przypomnieć, kiedy wy się nauczyliście. Pamiętacie, ile wtedy mieliście lat? Pamiętacie trudności, na jakie natrafialiście?
Ojciec wciąż skubał brodę, ale już się wyraźnie zastanawiał, spojrzenie utkwił w dali. Abenthy ciągnął:
– Założę się, że on uczył się każdego akordu, każdej palcówki w momencie, gdy mu je bodaj raz pokazano, żadnych potknięć, żadnych narzekań na trudności. A kiedy już popełniał pomyłkę, to też nigdy więcej niż raz, prawda?
Ojciec wyglądał na zakłopotanego.
– Zasadniczo, ale mimo to miewał trudności, tak samo jak wszyscy pozostali. Akord E. Miał kłopoty z E-dur i e-moll.
W tym momencie matka łagodnie weszła mu w słowo.
– Też sobie przypominam, ale sądzę, że po prostu miał za małe dłonie. Był strasznie młody...
– Założę się, że nie powstrzymało go to na długo – cicho stwierdził Ben. – Ma wspaniałe ręce. Moja matka powiedziałaby, że to ręce magika.
Ojciec uśmiechnął się.
– Ma je po swojej matce... delikatne, ale silne. Znakomite do szorowania garów, co, kobieto?
Matka dała mu klapsa, ale potem ujęła jego dłoń w swoje ręce i pokazała Benowi.
– Ma je po swoim ojcu, pełne wdzięku i delikatne. Znakomite do uwodzenia szlacheckich córek. – Ojciec zaczął protestować, ale zbyła go. – Z tymi oczyma i tymi dłońmi... kiedy już zacznie się uganiać za kobietami, żadna na całym świecie nie będzie bezpieczna.
– Kiedy zacznie się do nich zalecać, kochanie – sprostował łagodnie ojciec.
– Semantyka. – Wzruszyła ramionami. – Wszystko sprowadza się do pogoni, a kiedy wyścig się kończy, należy żałować cnotliwych kobiet, które zdecydowały się uciec, tak sądzę. – Oparła się na ramieniu ojca, trzymając jego dłoń na swym podołku. Lekko przechyliła głowę, a on zrozumiał, o co jej chodzi, i pocałował w kącik ust.
– Amen – rzekł Ben, unosząc kufel w toaście.
Ojciec otoczył ją ramieniem wolnej ręki i przytulił.
– Wciąż nie pojmuję, do czego zmierzasz, Ben.
– Jemu wszystko w ten sposób wychodzi, za jednym zamachem, praktycznie rzecz biorąc, bez pomyłek. Założę się, że pamięta każdą piosenkę, jaką kiedykolwiek mu zaśpiewaliście. Więcej ode mnie wie o tym, co trzymam na wozie. – Wziął do ręki dzban, odkorkował. – Jednak nie chodzi tylko o zapamiętywanie. On rozumie. Połowę rzeczy, jakie chciałem mu pokazać, wyrozumował na własną rękę. – Ben napełnił kubek matki. – Ma jedenaście lat. Czy znaliście kiedyś chłopaka w jego wieku, który by się w ten sposób wyrażał? Oczywiście w sporej części zawdzięcza to panującej wokół atmosferze. – Gestem dłoni objął stojące wokół wozy. – Ale większość najbardziej skrytych marzeń jedenastolatków ogranicza się do puszczania kaczek na wodzie i chwytania kotów za ogon.
Matka roześmiała się dźwięcznie jak dzwoneczek, ale twarz Abenthy’ego pozostała poważna.
– To prawda, moja pani. Miewałem znacznie starszych uczniów, którzy byliby zachwyceni choć w połowie takimi postępami. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Gdybym miał jego ręce i połowę jego inteligencji, za rok jadałbym ze srebrnych talerzy.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….