Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Chciała do niej wybiec, ale tylko spytała półgłosem:
– A potem, kiedy już spadła na was klątwa? – Od tamtej pory wszystkiego mamy w bród – rzekł Drinn. – Nasza ponura ziemia stała się tak przyjazna, że ogrody i sady same rosną, a my nie musimy ich pielęgnować ani nawet sadzić drzewek. Mnożą się trzody. Rzemieślnicy przez sen nabierają biegłości w swym fachu; samo powietrze i woda chronią nas przed chorobami. Wszelkie troski szerokim łukiem omijają Bramjędz, a tymczasem reszta królestwa, niegdyś tak kwitnącego, zetlała na popiół pod ręką Nędzora. Od pięćdziesięciu lat powodzi się tylko jemu i nam, jakby to inni byli przeklęci. – Z nim biesiada wam i biada – mruknął Szmendryk. – Rozumiem. – Wychylił kolejny kielich wina i roześmiał się. – Ale stary Król Nędzor wciąż wam panuje i panować będzie, póki morze nie wystąpi z brzegów. Nie wiecie, co to prawdziwa klątwa. Gdybyście znali mój los... – Nagle zalśniły mu w oczach łatwe łzy. – Po pierwsze, matka mnie nie lubiła. Udawała, że lubi, ale ja wiedziałem... Drinn przerwał mu. W tej samej chwili Molly zrozumiała, czemu mieszkańcy Bramjędza są tacy dziwni. Dostatnio i ciepło odziani, mieli twarze biedaków zmarzniętych na kość i zbyt zagłodzonych, żeby móc jeść. – Lecz tylko ten, czyj z Bramjędza ród, zamczysko strąci w odmęt wód – rzekł Drinn. – Jak mamy się cieszyć dobrym losem, skoro wiemy, że kiedyś on się skończy i że właśnie ktoś spośród nas położy mu kres? Jesteśmy co dzień bogatsi i co dzień bliżsi upadku. Czarodzieju, od pięćdziesięciu lat żyjemy skromnie, do niczego się nie przywiązujemy, wyzbywamy się nałogów, gotowi na spotkanie morza. Ani przez chwilę nie cieszyliśmy się swym bogactwem – i niczym innym – bo radość to tylko jedna rzecz więcej do stracenia. Litujcie się nad Bramjędzem, obcy przybysze, bo na całym tym nieszczęsnym świecie nie ma miasta bardziej udręczonego. – O rety, rety – jęli zawodzić mieszczanie. – Biada nam, biada. Molly Grue patrzyła na nich w milczeniu, ale Szmendryk powiedział: – Solidna klątwa. Dobra robota, słowo daję. Zawsze powiadam: cokolwiek chcesz obstalować, zwróć się do fachowca. Na dłuższą metę zawsze się opłaci. Drinn zmarszczył brwi, a Molly szturchnęła Szmendryka. Czarodziej zamrugał. – Aaa – powiedział. – No, to czego ode mnie oczekujecie? Uprzedzam, że nie jestem zbyt biegłym czarodziejem, ale chętnie spróbuję zdjąć z was tę klątwę. – Ani trochę cię nie przeceniam – odparł Drinn – ale i tak chyba się nadasz. Klątwy raczej nie będziemy ruszać. Gdybyś ją zdjął, może byśmy z powrotem nie zbiednieli, ale na pewno przestalibyśmy się bogacić, a to też byłoby niedobrze. Nie, rzecz w tym, żeby nie dopuścić do upadku wieży Nędzora, a ponieważ bohater, który ją zburzy, musi pochodzić z Bramjędza, powinno to być wykonalne. Właśnie dlatego nie pozwalamy tu się osiedlać obcym. Wypłaszamy ich – siłą, jeśli zajdzie potrzeba, ale najczęściej sprytem. Te mroczne opowieści o Bramjędzu, o których waść wspomniałeś, sami zmyśliliśmy i rozgłosiliśmy jak najszerzej, żeby odstręczyć nieproszonych gości. – Dumnie uśmiechnął się bezzębnymi ustami. Szmendryk podparł pięścią podbródek i z zamierającym uśmiechem patrzył na Drinna. – A wasze dzieci? – spytał. – Co na to poradzicie, że któreś dorośnie i spełni klątwę? – Zaczął się rozglądać po oberży, wpatrując się sennie w pomarszczone twarze. Mieszczanie nie spuszczali go z oka. – Zaraz, zaraz – rzekł pomału. – Czy w tym mieście w ogóle nie ma młodych ludzi? O której wy tu kładziecie dzieci spać? Nikt mu nie odpowiedział. Molly słyszała, jak skrzypi krew pulsująca w ludzkich uszach i oczach, widziała, jak skóra na twarzach drga niczym woda, kiedy trąca ją wiatr. Po chwili Drinn rzekł: – Nie mamy dzieci. Nie mamy ich, odkąd spadła na nas klątwa. – Zakasłał, przysłaniając pięścią usta, i dodał: – Uznaliśmy, że w ten sposób najłatwiej pokrzyżujemy wiedźmie szyki. Szmendryk przechylił głowę do tyłu i zaśmiał się bezgłośnie, ale tak, że zakołysały się płomienie pochodni. Molly zdała sobie sprawę, że po prostu się upił. Usta Drinna całkiem znikły, a oczy stały się twarde jak spękana porcelana. – Nie widzę w naszej doli nic zabawnego – powiedział cicho. – Nic a nic. – Nic – zagulgotał Szmendryk. Zgiął się w pół i niechcący wylał wino z kielicha. – Nic a nic, ależ skąd, nic a nic. – Porażony gniewnym spojrzeniem stu par oczu wziął się w garść i zdołał z powagą odpowiedzieć Drinnowi: – No, to nie ma powodu do zmartwień. A przynajmniej wy go chyba nie widzicie. Leciutki śmieszek wymknął mu się spomiędzy warg, jak smużka pary z czajnika. – Tak by się mogło zdawać – odparł Drinn, pochylając się i kładąc dwa palce na nadgarstku Szmendryka. – Ale nie powiedziałem jeszcze całej prawdy. Otóż dwadzieścia jeden lat temu w Bramjędzu urodziło się jedno dziecko. Nigdyśmy się nie dowiedzieli, czyje było. Sam je znalazłem, idąc zimową nocą przez rynek – Leżało na rzeźnickim pieńku, ale nie płakało, chociaż padał śnieg, tylko chichotało w cieple, bo bezdomne koty obsiadły je i przykryły jakby kołdrą. Mruczały wszystkie naraz, a był to dźwięk brzemienny wiedzą. Długo stałem w zadumie nad tą dziwną kołyską. Śnieg wciąż padał, a koty wróżebnie mruczały. Gdy przerwał, Molly Grue wtrąciła podekscytowanym tonem: – Oczywiście wziąłeś waść dziecko i wychowałeś jako swoje. Drinn oparł dłonie na stole, wnętrzem do góry. – Przepędziłem koty – rzekł – a do domu wróciłem sam. Twarz Molly przybrała kolor mgły. Drinn wzruszył ramionami.
|
Wątki
|