Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Jaki rozkład typowań? - zaciekawił się na te słowa Fowler. Ryan tylko jęknął w duchu. - Wikingowie wygrają trzema punktami - brzmiała opinia Bunkera. - Obejrzę, ile tylko zdążę. - Polecimy razem - wyjaśnił Talbot. - Pod warunkiem, że Dennis nie będzie pilotował. - Porzucacie mnie w górach Marylandu. Trudno, ktoś musi zostać i rządzić - zaśmiał się Fowler. Jackowi nie spodobał się jego uśmiech. - Ale wracając do rzeczy, Ryan... Mówi pan, że nie ma dla nas zagrożenia? - Chciałbym uczynić jeszcze parę zastrzeżeń. Po pierwsze, nadal nie udało się w żaden sposób potwierdzić raportu ŻAGLA. - Powiedział pan, że CIA go uznało. - Istnieje u nas zgodność co do tego, że ŻAGIEL przypuszczalnie napisał prawdę. Robimy wszystko, żeby uzyskać pewność pod tym względem. Tylko tyle chciałem wcześniej powiedzieć. - No, dobrze - rozchmurzył się Fowler. - Jeśli meldunek jest fałszywy, tym bardziej nie mamy się czego obawiać, zgoda? - Tak, panie prezydencie. - A jeżeli jest prawdziwy? - Wtedy ryzyko dotyczy ZSRR i możliwości szantażu atomowego wewnątrz tego kraju. W najgorszym wypadku będziemy świadkami wojny domowej z użyciem broni jądrowej. - Co źle by nam wróżyło. Zagrożenia dla naszego terytorium? - Żadnego. Prawdopodobieństwo jest w każdym razie znikome. - Wszystko to brzmi całkiem rozsądnie. - Fowler rozparł się w fotelu. - Mimo to żądam dobrej, ale naprawdę świetnej analizy sytuacji. Jak najszybciej. - Tak jest. Proszę mi. wierzyć, panie prezydencie, sprawdzamy każdy szczegół. - Dziękuję panu za starania, Ryan. Jack wstał, słysząc te słowa. Odkąd stracił stanowisko, ekipa zrobiła się dla niego uprzedzająco grzeczna. Targowiska wyrosły na ulicach same z siebie, choć spotykało się je głównie we wschodniej części Berlina. Radzieccy żołnierze, którym nigdy nie dane było zakosztować zbyt wiele swobody, mogli oto bez przeszkód spacerować po zjednoczonej, zachodniej metropolii, kuszącej mnóstwem okazji, by oddalić się z koszar i po prostu zniknąć. Najbardziej zdumiewała więc znikoma liczba przypadków dezercji. Była ona zasługą nie tyle powziętych w wojsku środków zaradczych, ile obfitości targowisk. Radzieckich żołnierzy wciąż na nowo zadziwiała zachłanność tubylców. Niemcy, Amerykanie i kto tam jeszcze brali od krasnoarmiejców wszystko, jak leci: pasy, czapki-uszanki, obuwie, kompletne mundury, rozmaite pamiątki... Na dodatek kupujący płacili jak idioci w twardej walucie! W walucie, i to dowolnej: w markach, dolarach, funtach. Wartość tej waluty po przekroczeniu granicy ZSRR rosła zaś dziesięciokrotnie. Inne transakcje, z bardziej już wybrednymi klientami, obejmowały sprzedaż tak nieporęcznych artykułów, jak czołg T-80. Wymagało to jednak zgody dowódcy pułku, który w sprawozdaniach kazał napisać, że czołg uległ zniszczeniu podczas przypadkowego pożaru. W zamian za tę przysługę pułkownik wzbogacił się o mercedesa 560 SEL i dostateczną ilość gotówki, by nie martwić się o wysokość państwowej emerytury. Wkrótce jednak zachodnie agencje wywiadowcze zakupiły już wszystko, na co miały ochotę, pozostawiając rynek turystom i innym amatorom. Zachód uznał, że ZSRR toleruje wojskowy czarny rynek, gdyż w ten sposób gospodarka wzbogaca się o pokaźne zasoby waluty, w dodatku za śmiesznie niską cenę. Typowi zachodni nabywcy płacili dziesięć razy więcej, niż wynosił faktyczny koszt produkcji danego towaru. Byli w Rosji i tacy, którzy uważali, że podobne wprowadzenie do kapitalizmu przyda się żołnierzom, gdy ukończą służbę i wrócą do rodzinnych miejscowości. Erwin Keitel podszedł do jednego z handlujących radzieckich żołnierzy, orientując się po pagonach, że ma przed sobą starszynę, czyli starszego sierżanta. - Dzień dobry - zaczął po niemiecku. - Nicht spreche - poinformował go Rosjanin. - Angielski? - Dogadamy się po angielsku, tak? - Da, da - przytaknął Rosjanin. - Dziesięć mundurów. - Keitel wystawił palce obu dłoni, by nie było wątpliwości, o jaką liczbę chodzi. - Dziesięć?
|
WÄ…tki
|