Kate została sama pod dachem kaplicy...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Stała na kruchej skorupie. Wróble z wrzaskiem trzepotały się wokół niej. Była zbyt przerażona, żeby zrobić choć jeden krok. Wzięła kilka głębszych oddechów.
Jeszcze nie spadła.
Sklepienie trzymało.
Rozległ się kolejny trzask.
I cisza.
Czekała w przerażeniu.
Jeszcze jeden trzask. Tym razem kopuła drgnęła jej pod stopami. Kate spoj-
rzała w dół. Zaprawa pękła, szczeliny rozchodziły się w paru kierunkach. Zrobiła krok w lewo, w stronę belki nośnej, ale było za późno.
Odpadł kawał sklepienia, trafiła nogą w próżnię. W ostatniej chwili instynk-
townie rozrzuciła szeroko ramiona i zawisła w dziurze. Przez kilka sekund trwała bez ruchu, gwałtownie łapiąc oddech. Miałam rację, że to kiepska konstrukcja —
przemknęło jej przez myśl.
Gorączkowo rozważała, jak dostać się z powrotem na górę. Spróbowała się
podciągnąć.
Następny trzask.
Pęknięcie pojawiło się tuż przed jej oczami, po prawej odpadł duży kawał
kopuły. Całe sklepienie wyginało się z wolna pod jej ciężarem. Pomyślała, iż lada 246
moment i ona poleci w dół.

* * *
W komnacie na szczycie wieży Chris zakrywał dłonią ucho, próbując coś wy-
łowić przez szumy i trzaski radia. Był niemal pewien, że wcześniej rozpoznał głos Kate: „Idą, żeby was zabić”. Później rozległy cię jakieś okrzyki, ale utonęły w fali silnych zakłóceń.
Marek otworzył skrzynię pod ołtarzykiem na ścianie i zaczął gorączkowo
przerzucać jej zawartość.
— Chodź, pomóż mi! — zawołał.
— Czego szukasz?
— Oliver trzyma w tym pokoju swoją nałożnicę. Jestem pewien, że ukrył
gdzieś broń.
Chris podszedł do drugiej skrzyni, stojącej przy łóżku, i odchylił wieko. Była tu tylko pościel, damskie suknie i jedwabne ozdoby. Wyrzucił wszystko na pod-
łogę.
Nie znalazł żadnej broni.
Nie było tam niczego, co mogliby wykorzystać do obrony.
Obejrzał się na Marka, który z rezygnacją pokręcił głową.
Także nie znalazł broni.
Z korytarza doleciał odgłos kroków nadbiegających straży. Tuż za drzwiami
rozległ się metaliczny brzęk. Żołnierze dobyli mieczy.
29.10.24 Mogę zaproponować coca-colę, zwykłą lub dietetyczną, fantę albo sprite’a —
powiedział Gordon.
Stali przed automatem do sprzedaży napojów w korytarzu budynku laborato-
ryjnego ITC.
— Napiję się coli — odparł Stern.
Puszka z hukiem wylądowała w otworze maszyny. David podniósł ją i zerwał
kapsel. Gordon wybrał dla siebie sprite’a.
— Na pustyni nie wolno dopuścić do odwodnienia organizmu — rzekł. —
Mamy nawilżacze powietrza w systemach wentylacyjnych, ale nie sprawują się
najlepiej.
Poszli dalej korytarzem do najbliższych drzwi.
247
— Pomyślałem, że powinieneś to zobaczyć — powiedział Gordon, wprowa-dzając Sterna do sali. — To już tylko historyczna ciekawostka. Właśnie w tej
pracowni odbyła się pierwsza demonstracja opracowanej przez nas techniki.
Zapalił światło. Pokój był obszerny, nieco zaniedbany. Podłogę zakrywała sza-
ra wykładzina antystatyczna, zamiast sufitu ciągnęły się metalowe kratownice, za którymi na tle jarzeniówek biegły grube pęki kabli elektrycznych. Inne przewody zbiegały po ścianie do stojących na długim pulpicie komputerów. Na stole po-
środku znajdowały się dwie klatki mniej więcej półmetrowej wysokości. Między
nimi wiły się kable.
— To jest Alice — rzekł z dumą Gordon, wskazując pierwszą klatkę — a to
Bob.
David pomyślał z rozbawieniem, że nawet w eksperymentalnej fizyce kwan-
towej prototypom nadawano imiona zaczynające się od kolejnych liter alfabetu.
Przyjrzał się uważniej klatkom. W jednej plastikowa lalka w turystycznym ubran-ku.
— Właśnie tu dokonaliśmy pierwszej transmisji — ciągnął Gordon. — Prze-
nieśliśmy tę lalkę z jednej klatki do drugiej. Od tamtej pory minęły cztery lata.
Stern podniósł lalkę. Była to tandetna, tania zabawka spod sztancy. Po bokach od czubka głowy biegły byle jak wykończone szwy po zgrzaniu dwóch połówek
plastikowych wytłoczek. Kiedy dotknął palcem długich sztywnych rzęs, oko za-
kryła cielista powieka.
— Pierwotnie zamierzaliśmy wykorzystywać maszyny do zdalnego transferu
obiektów trójwymiarowych. Miał to być rodzaj przestrzennego telefaksu. Pewnie wiesz, że tą dziedziną interesują się różne instytucje.
Stern pokiwał głową. Rzeczywiście słyszał o badaniach w tym zakresie.
— Wstępne projekty powstały na uniwersytecie Stanford, wiele doświadczeń
prowadzi się w Krzemowej Dolinie. Już od dwudziestu lat większość korespon-
dencji jest przesyłana drogą elektroniczną, czy to faksem, czy e-mailem. Wkrótce listy w ogóle znikną, pocztę zastąpią sieci informatyczne. Wcześniej czy później także obiekty trójwymiarowe powinny być transportowane w ten sam sposób. Na
przykład mebli nie trzeba będzie przewozić do nowego domu, wystarczy je prze-
słać między dwoma odpowiednimi urządzeniami.
— O ile będzie to wykonalne.
— Owszem. Gdy pierwsze próby z drobnymi przedmiotami zakończyły się
sukcesem, zachęciło nas to do dalszych prac. Doszliśmy do wniosku, że przekaz między aparatami połączonymi przewodami elektrycznymi to za mało. Potrzebowaliśmy transmisji na znaczne odległości, w pewnym sensie poprzez fale eteru.
I doszliśmy do tego.
Ruszył w głąb sali i zatrzymał się przy dwóch następnych klatkach, nieco
większych i bardziej skomplikowanych. Przypominały już te maszyny, które Stern mógł podziwiać w działaniu. Nie były połączone ze sobą kablami.
248
— To Alice i Bob drugiej generacji — wyjaśnił Gordon. — Nazywaliśmy je zdrobniale Allie i Bobbie. Posłużyły nam do pierwszych prób z transmisją bez-przewodową.
— Jaki był rezultat?
— Marny. Wszystkie przedmioty z Allie znikały, ale w Bobbiem nic się nie
pojawiało.
Stern pokiwał głową.
— Wysyłane obiekty trafiały do innego wszechświata.
— Zgadza się, lecz wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. To znaczy doszli-
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.