Futra i smokingi opinały ramiona...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Garnitury, krawaty i suknie wszelkiego rodzaju przystrajały salę wielobarwną dekoracją.
W drugim końcu sali zwieszał się transparent z napisem: FUNDACJA IMIE-
NIA JAMESA BARRIEGO I SZPITAL GREAT ORMOND SKŁADAJĄ HOŁD
WENDY.
Wystawna kolacja dobiegała końca i rozpoczęły się przemówienia. Gwiazdą
wieczoru był Piotr.
Śmiech powoli ucichał. Piotr przeniósł wzrok na salę.
— A zatem bardzo proszę, panie i panowie, wytrzymajcie przez chwilę mo-
ją tu obecność, mając łaskawie na względzie to, że zazwyczaj przemawiam do
akcjonariuszy.
Znów rozległ się śmiech, ale tym razem rzadszy i nieco wymuszony.
Piotr sięgnął do górnej kieszeni marynarki po swoje przemówienie i stwier-
dził, że go tam nie ma. Szybko sprawdził sąsiednią kieszeń, potem dolne i wresz-35
cie kieszenie w spodniach. Obleciał go strach. Gdzie jest jego przemówienie? Nie myślał o nim od chwili, gdy wyszli z domu, ponieważ postanowił, że odczyta je jak leci i nie będzie się przejmował. A zatem powinien je mieć; pamiętał, że je ma. Co się z nim stało?
Rzucił szybkie spojrzenie Moirze, która już przetrząsała swoją torebkę. Nagle podniosła oczy i potrząsnęła głową. Nie ma.
Piotr wziął głęboki oddech.
— Proszę wybaczyć, chyba zgubiłem gdzieś swoje przemówienie.
Jego oświadczenie powitała cisza. Odchrząknął.
— Lordzie Whitehall, szanowni goście, panie i panowie. Przez ponad siedem-
dziesiąt lat Wendy Darling była nadzieją dla setek bezdomnych dzieci. . .
Więcej nie pamiętał. Odchrząknął po raz drugi.
— Dla szpitala Great Ormond położyła największe zasługi. . .
I co jeszcze? Jak tam było dalej?
Zaczęły dobiegać do niego odgłosy szurających krzeseł, kaszlu i szeptów. Nie
miał wyboru, musiał brnąć dalej, nie będąc pewnym tego, co mówi; przekonany
tylko, że traci słuchaczy.
Nawet nie śmiał spojrzeć na Moirę i Wendy.
*
*
*
Nad domem przy Kensington czternaście zawisł mrok niczym czarna, nieprze-
nikniona zasłona. Śnieg wprawdzie padał już tylko rzadkimi, drobnymi płatkami, ale chmury zasnuły księżyc i gwiazdy, i tylko dwie latarnie przeświecały z daleka przez mglistą ciemność. Szczyty wiekowych dachów Kensingtonu odcinały się
ostro na tle nieba, wrzynając się swymi krawędziami w noc.
Nana uniosła głowę i wytknęła mokry nos spod ganku. Liza wygnała ją prawie
godzinę temu, pomstując na nią za jakąś rzekomą przewinę, i wierny pies oczeki-wał na powrót swojej właściwej pani, żeby wyjaśnić całą sprawę. Krótki łańcuch nie pozwalał jej nigdzie się ruszyć.
Nagle zauważyła jakiś dziwny ruch na niebie, przetasowanie obłoków, któ-
re jak gdyby rozstąpiły się na chwilę, aby coś przepuścić. Na chwilę rozbłysło złowieszcze, zielone światło i zaraz zniknęło.
Nana poderwała się i zaczęła szczekać.
Jack i Maggie spali w dziecinnym pokoju. Jack z rozrzuconymi rękami i no-
gami, Maggie zwinięta w kłębek z kołdrą naciągniętą na głowę. Nad nimi jarzyły się porcelanowe lampki nocne powstrzymując mrok i cienie. Ogień na kominku
dawno już wygasł, a żarzące się węgielki zamieniły się w popiół.
Zasłony zwisały luźno z okna, skrywając w swoich fałdach obrazy przygód
Piotrusia Pana.
36
Nagle nocne lampki rozbłysły ze zdwojoną mocą, a potem mignęły jeszcze raz i zgasły. Ciemność spadła na pokój jak polujący drapieżnik. W mroku spowijającym kąt pokoju, na lustrach wielkiej szafy, ukazało się tamto złowieszcze, zielone światło połyskując z początku delikatnie, a potem coraz jaśniej. Z wolna pojawiały się jakieś niewyraźne, mgliste widma, które jednak z każdą chwilą stawały się coraz bardziej wyraziste i przybliżały się.
Jack poruszył się i coś wymamrotał.
Po ścianie pełzły cienie rzucane nie wiadomo skąd, palce przemieniały się
w pazury, a pyski wysuwały zęby. Pośród ostrych konturów pojawił się jakiś
ogromny, rozłożysty kształt rozciągając się od podłogi po sufit — drzewa dżungli z gałęziami splątanymi jak pajęczyny i postrzępione skały wybrzeża mokre od fal oceanu. W lustrach szafy widma przybierały kształty — czaszki z pustymi, wielkimi oczodołami i zębami wyszczerzonymi w przejmującym grymasie, i starego
żaglowca, który skrzypiał i jęczał na napiętym łańcuchu kotwicy.
Nagle światło zalało malutki okręcik w butelce stojący na kominku, jak gdyby
znienacka złapała go burza. Jack poruszył się znowu. Gwiazda wisząca nad jego głową zaczęła się kręcić jak szalona. Stary koń na biegunach rozbujał się, potrzą-
sając grzywą i ogonem pod nagłym podmuchem wiatru wiejącego nie wiadomo
skąd. . .
W ogrodzie Nana biegała na łańcuchu usiłując się uwolnić i niespokojnie
szczekając.
Piszczałka stał w gabinecie przed modelami okrętów ustawionych rzędem na
półce, zachwycony, że malutkie maszty zaczęły drżeć, a żagle wypełniły się nie-widzialnym wiatrem. Spojrzenie wodnistych oczu wlepił w kołyszące się statki
i Piszczałka patrząc na nie, zaczął kołysać się razem z nimi. Kiedy usłyszał szcze-kanie Nany, cofnął się natychmiast, przekrzywił głowę i wyszeptał: „Niebezpieczeństwo”.
Liza drzemała w kuchni z głową w ramionach. Zaraz jednak obudziła się,
słysząc jakieś drapanie we frontowe drzwi.
Wiatr przemknął przez dziecinny pokój, porywając kartki z przemówieniem
Piotra i rozrzucając je wokół. Światło bijące z szafy stawało się coraz jaśniejsze, a obrazy coraz bardziej wyraźne. Słychać było krzyki, płacz przez sen i odgłos ostrego drapania, jakby chrobot żelaza po drewnie.
Kołdry przykrywające dzieci poderwały się w powietrze i odfrunęły.
Pokój ogarnęła ciemność.
*
*
*
Piotr męczył się zawzięcie, ale był już u kresu sił. Bez swojego przemówienia czuł się jak żeglarz zagubiony na morzu. Wyczuwał niepokój słuchaczy i ogarniała 37
go rozpacz. Cała uroczystość na cześć Wendy zaraz się zawali. I wszystko przez niego.
Przerwał gwałtownie w pół zdania, pomyślał: „Niech się dzieje, co chce” i wy-
prostował się. Publiczność nieco przycichła.
— Panie i panowie, jak na jeden wieczór już dostatecznie uraczyłem was re-
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.