Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Jestem zmęczona - zakomunikowała. - Mam dość sytuacji, w której wszyscy dookoła świetnie wiedzą, co dla mnie najlepsze. Choć raz pozwól mi samodzielnie ocenić sytuację. To chyba niewygórowane żądanie? Miles pomyślał, że Rose niepotrzebnie się upiera, ale najwyraźniej była wyczerpana. Gdyby naciskał zbyt mocno, zapewne załamałaby się kompletnie. Nie potrafił sobie wyobrazić ewentualnych następstw takiej sytuacji. - Dobrze, skoro tego sobie życzysz. - Tak, tego sobie życzę. I pamiętaj, że nikt nie może widzieć, jak stąd wychodzisz. - Nie zapomnę - zapewnił. - Rose, wierz mi, jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Jutro, gdy dojdziesz do siebie po dzisiejszych przejściach, spojrzysz na pewne sprawy z innej perspektywy. - Kto wie. Teraz pragnęła tylko spać, zapomnieć, wyleczyć rany, a nie mogła tego uczynić do czasu powrotu do zamku Morton. Wyobrażała sobie, co Isabel i Anthony mogą jej powiedzieć w drodze powrotnej. Obiecała sobie, że nie będzie się usprawiedliwiać. Wyznanie Attercliffe'a nadeszło zbyt późno, by jej dopomóc. Przypomniała sobie, jak chwalił się przed jej ojcem, że podczas podróży na północ uczynił z niej swoją kochankę i że ona namawiała go do ślubu, by ratować swoją reputację. - Przecież zostanie lady Attercliffe - oznajmił wówczas. - A to nie byle co. Na próżno zapewniała wszystkich o swojej niewinności. Dzisiejszego wieczoru musiała zapomnieć o tamtych wydarzeniach, a jutro... cóż, to zupełnie inna historia, o czym przekona się sir Miles Heyward. Miles ukłonił się i wyszedł. Nareszcie przyznał sam przed sobą, że kocha Rose, a to oznaczało, że powinien ją chronić za wszelką cenę. Ponadto był zmuszony natychmiast ją opuścić, gdyż dręczenie jej w obecnej chwili graniczyło z okrucieństwem. Tylnymi schodami powrócił na przyjęcie, by nikomu nie przyszło do głowy, że odwiedził Rose. Bal już trwał w najlepsze. Miles przysiadł w rogu, z dała od ludzi, i patrzył, jak inni się bawią. Sam wolał podumać nad tym, jakimi słowami oświadczyć się Rose, rano, zaraz po śniadaniu. Uznał, że dobrze postąpiła, wypraszając go z pokoju. Zachowałby się zupełnie bez klasy, gdyby oświadczył się jej natychmiast po tym, jak Scriven ją obraził, a Attercliffe narzucał się z niestosownymi propozycjami małżeńskimi. Na szczęście jutro wstanie zupełnie nowy dzień, pomyślał. ROZDZIAŁ PIĄTY Pokój śniadaniowy w zamku Morton świecił pustkami, kiedy Miles zjawił się w nim wczesnym rankiem. Dzień był mroczny i ponury, a służący oświadczył, że miejscowi spodziewają się opadów śniegu. - Podobno to dobry znak, gdy na Gwiazdkę śnieży - dodał. Miles zapełnił talerz i zaczekał, aż lokaj naleje kawę do filiżanki, choć wcale nie miał ochoty jeść ani pić. Kiedy zmuszał się do przełknięcia śniadania, które rosło mu w ustach, do pomieszczenia weszło kilku gości. Nie było wśród nich Rose. Pomimo braku apetytu Miles nałożył sobie jeszcze jeden talerz rozmaitości i wypił następną kawę, choć równie dobrze mógłby przeżuwać słomę i popijać ją wodą. Zauważył, że pod nieobecność gości personel zamku przyozdobił jadalnię - a zapewne także inne pomieszczenia - świątecznymi dekoracjami, głównie ostrokrzewem, bluszczem, jemiołą i misami z ciemiernikiem. Brakowało tylko najpiękniejszej ozdoby świąt: Rose. Niepokoiła go jej nieobecność. Uznał, że mógł się z nią minąć, bo zjadła wcześniej niż zwykle, a teraz siedziała w bibliotece lub wróciła do pokoju. Wstał i wyruszył na jej poszukiwania. W opustoszałej bibliotece nie zastał Rose; ułożone na stołach gazety były nietknięte. Po uciechach wczorajszego dnia większość gości nadal spała. Pobiegł na górę i zastukał do drzwi jej pokoju. Odpowiedziała mu cisza. Załomotał ponownie. Nic się nie zmieniło. W takiej sytuacji pozostało mu jedynie wejść do środka. Apartament był pusty, podobnie jak biblioteka. Nie dostrzegł żadnych śladów obecności Rose. Zaklął pod nosem i popędził na dół. Czy to możliwe, że Rose opuściła zamek Morton? Wykluczone, było zbyt wcześnie. Poza tym dokąd miałaby jechać w Wigilię? No jasne, że do domu, cymbale, skarcił się w duchu, zły na siebie. Co mogło ją tu zatrzymywać? Na pewno nie Miles Heyward. Oby się mylił. U stóp schodów natknął się na Isabel, która wymachiwała w powietrzu jakimś listem. - Wiesz, gdzie może przebywać panna Charlton? - spytał. Isabel jęknęła. - Dobre pytanie. W drodze do domu Anthony rozmawiał z nią o wczorajszym incydencie. Rzecz jasna, był to jego obowiązek. Przed chwilą znalazłam ten list, wsunięty pod drzwi mojej sypialni. - Ponownie machnęła kartką, tym razem przed nosem Milesa. - Napisała, że skoro jej obecność stała się dla nas kłopotliwa, postanowiła zrobić nam uprzejmość i natychmiast wyjechać, byśmy mogli w spokoju cieszyć się świętami. - Mieszka w Nottinghamshire, prawda? - Na północ od Mansfield, nieopodal Newstead Abbey. - Dziękuję. Wybacz, ale muszę się zbierać. - Jak to, opuszczasz nas? - Naturalnie. Uściskaj ode mnie Anthony'ego i powtórz mu, że nie mogę pozwolić, by panna Charlton jechała do domu w Wigilię bez stosownej eskorty, zwłaszcza że spodziewane są intensywne opady śniegu. Zamierzam udać się jej śladem, a dogoniwszy ją, poproszę o rękę. - Ale co powie Anthony na twój pomysł? Przecież jej reputacja nieodwracalnie legła w gruzach. - Jego zdanie nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, podobnie jak dla panny Charlton. Życzę wam obojgu takich świąt, na jakie zasłużyliście. A teraz pora na mnie, nie mam czasu do stracenia. Zaskoczona i urażona Isabel nie zdążyła zebrać myśli, gdyż Miles momentalnie popędził na górę i polecił służącemu natychmiast pakować wszystkie rzeczy i przekazać reszcie służby informację o przyspieszonym wyjeździe. Rose nie mogła mu umknąć.
|
Wątki
|