A tam wszyscy rzucają się w moją stronę i - dawaj! - potrząsać moją łapą: burmistrz, gubernator, prokurator generalny, senator, ich żony, nawet sierżant Kranz,...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Burmistrz kończy gadkę słowami jaki to ze mnie porządny facet i jak dzięki naszemu wspaniałemu wynalazkowi miasteczko Coalville odżyło. Potem prosi żeby wszyscy wstali i odśpiewali razem hymn narodowy.
Zanim orkiestra zaczyna grać ziemia jakby lekko drży, ale poza mną chyba nikt tego nie zauważa. W czasie odśpiewywania pierszej zwrotki znów czuć drżenie i tym razem kilka osób rozgląda się dokoła; miny mają niepewne. Kiedy orkiestra uderza w najwyższe tony następuje trzecie drżenie, któremu kompaniuje jakby grzmot. Ziemia trzęsie się, w sklepie po drugiej stronie ulicy szyba wypada z okna. I nagle mryga mi we łbie żarowa ostrzegawcza że zaraz wydarzy się coś bardzo niedobrego.
Rano kiedy stroiłem się w garnitur i krawat byłem tak zdenerwowany cyremonią, że na śmierć zapomniałem o otwarciu w eklektrowni zaworów i spuszczeniu nadmiarów pary. Mały Forrest ciągle mi powtarzał że to najważniejsza rzecz i żeby o niej codziennie pamiętać, bo inaczej coś się może schrzanić. Większość tłumu na rynku wciąż śpiewa, ale tu i tam ktoś do kogoś coś szepcze i odwraca z niepokojem głowę. Sierżant Kranz pochyla się do mnie i pyta:
- Hej, Gump, co u licha siÄ™ dzieje?
Chciałem mu powiedzieć, ale zanim otwarłem pysk sam się przekonał.
Zerkłem na wzgórze, na zatkane wejście do kopalni, i w tym momencie rozległ się potężny wybuch! Najpierw zobaczyłem jaskrawy błysk, potem ogień, potem usłyszałem dudniące DUDUDUDU, a potem wszystko wyleciało w powietrze.
Zrobiło się ciemno jak w grobie i tak cicho że przez chwilę myślałem że nas powaliło trupem. Ale wkrótce usłyszałem jęki. A kiedy przetarłem oczy i rozejrzałem się dokoła... kurde, co to był za widok! Wszyscy na podium stali nieruchomo, w jakimś zbaranieniu albo co, oblepieni od czubków palców po czubki głów świńskim gównem.
- O Boże! O Boże! - wyje żona gubernatora. Patrzę w dół na rynek... A niech mnie! Całe miasteczko uwalane jest gównem, w tym również te pięć czy sześć tysięcy widzów przed podium. Budynki, samochody, autobusy, ziemia, ulice, drzewa, wszystko pokrywa warstwa gruba na dziesięć centymetrów! Najdziwniej wyglądał orkiestrowy muzyk z tubą. Dął w nią kiedy nastąpił wybuch i z przestrachu zapomniał przestać. Więc dalej dął, a gówno w tubie buzgotało jak gulasz na ogniu.
Odwróciłem się i nadziałem prosto na sierżanta Kranza, który jakimś cudem wciąż ma na łbie czapkę. Sierżant wlepia we mnie gały i zgrzyta zębami jak zepsuta przekładnia.
- Gump! - ryczy. - Ty pieprzony idioto! Co to ma znaczyć, do kurwy nędzy?!
Niby zadał pytanie, a wcale nie czeka na odpowiedź tylko wyciąga łapska żeby mnie schwytać za gardziel. Więc skoczyłem przez balustradę i dałem drapaka. Sierżant Kranz i cała reszta huzia! - rzucili się do goniaczki. Myślę sobie: ho, ho, znajoma sytuacja.
Zmykałem do domu na farmę, ale w trakcie biegu nagle tkło mnie że nie znajdę tam dobrej kryjówki. Rozwścieczona banda, która wini mnie o to że trysło na nią pięćset ton świńskiego gówna, nie spocznie póki mnie nie zdybie. Ale nic. Gnałem jak torpeda i kiedy dobiegłem na miejsce miałem nad tłumem sporą przewagę. Chciałem wrzucić kilka rzeczy do torby, ale patrzę - tłum pruje już drogą. A jak się wydziera, jak przebiera jadaczką! Więc wzięłem nogi za pasa, popędziłem do tylnych drzwi, potem do chlewu po Wandę. Świnia przygląda mi się jakoś dziwnie, ale posłusznie wybiega. Minęliśmy świńskie zagrody i sadzimy na ukos przez pole. Nagle odwracam się i widzę, kurde, że wszystkie prosiaki gnają za nami! Nawet te co były w zagrodach jakoś się wynikły i przyłączyły do hałastry.
Jedyny pomysł jaki mi przychodzi do łepetyny to zwiać nad bagno. Tak też robię i siedzę tam w ukryciu do zachodu słońca. Wszędzie wokół słychać krzyki i brzydkie słowa. Wanda ma na tyle oleju w głowie że nie kwiczy ani nic. Potem robi się ciemno i zimno. Noc jest chłodna, ziemia mokra. Ale ludzie wciąż krążą. Czasem zamigocze latarka. Czasem ktoś przejdzie z widłami albo gracą, tak jak na tym filmie z Frankensteinem. W górze terkoczą helikoptery, błyskają reflektory, a głośniki gdaczą żebym wyszedł i się poddał.
Dobra, dobra, pocałujcie mnie gdzieś! - mam na końcu języka, ale oczywiście siedzę jak truś pod miotłą. I nagle nadchodzi, a raczej nadjeżdża ratunek. Po drugiej stronie bagna słyszę w oddali pociąg i myślę sobie: Forrest, chłopie, to twoja jedyna szansa. Na łapu capu gramolimy się z Wandzią na nasyp i jakimś dziwnym cudem wskakujemy do towarowca. W środku w wagonie pali się mały płomyk i w jego blasku majaczy mi jakiś gość na stercie słomy.
- Coś ty, u diabła, za jeden? - pyta się mnie.
- Ja? Nazywam się Gump - mówię.
- A kto tam jest z tobÄ…?
- Wanda - wyjaśniam.
- Dziewucha? - pyta obcy.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….