65 wał schwytać uciekające powietrze...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ciało, mimo sznura, prawie wpół się zgięło; papierowa mitra spadła i spłonęła w jednej chwili. Objął go ogień. Następnie okry-
ła fala dymu. Kiedy dym się rozproszył, Galfryd de Charnay stał w płomieniach,
wyjąc i dysząc, starając się oderwać od słupa, który drżał u podstawy. Wielki
mistrz pochylił twarz w stronę towarzysza i coś doń przemówił; ale teraz tłum huczał tak głośno, chcąc pokonać przerażenie, że można było usłyszeć tylko słowo
„bracie” po dwakroć rzucone.
Pachołkowie kata biegali, popychając się, czerpali z zapasu polana, długimi,
żelaznymi hakami podsycali płomień.
Ludwik Nawarry, którego umysł pracował powoli, zapytał brata:
— Czy jesteś pewny, że widziałeś światła w wieży Nesle? Ja nic nie dostrze-
gam. Przez chwilę wyglądał na stroskanego. Enguerrand de Marigny przysłonił
oczy dłonią, jakby pragnął uchronić się przed blaskiem ognia.
— Zaiste, pokazujecie nam piękny obraz piekła, panie de Nogaret — rzekł
hrabia de Valois. — Czy już myślicie o waszym przyszłym życiu?
Wilhelm de Nogaret milczał.
Galfryd de Charnay stał się już tylko czerniejącym kształtem, który wydymał
się, skwierczał, wolno przemieniał w popiół, stawał się popiołem.
Część kobiet pomdlała. Inne spieszyły na brzeg rzeki i wymiotowały do wody
prawie pod nosem króla. Tłum zmęczony własnym wrzaskiem uciszył się, ale już
niebawem poczęto wołać, że stał się cud, bo wiatr uparcie dął w jednym kierunku, ścieląc pod nogi wielkiego mistrza płomienie, które się go nie imały. Jak mógł się tak długo opierać? Stos po jego stronie zdawał się nietknięty.
Później palenisko nagle się zapadło, a podsycone płomienie skoczyły tuż
przed skazańcem.
— Stało się, on także! — wykrzyknął Ludwik Nawarry. Szeroko rozwarte,
zimne oczy Filipa Pięknego nie drgnęły nawet w owej chwili.
Nagle głos wielkiego mistrza przebił się przez ognistą zasłonę i jakby skiero-
wany do każdego z osobna, uderzał każdego w twarz. Podobnie jak przed Notre-
-Dame Jakub de Molay z przerażającą siłą krzyczał:
— Hańba! Hańba! Patrzcie, jak giną niewinni. Hańba na was wszystkich! Bóg
was osądzi.
Płomień go chłosnął. Spalił brodę, zwęglił w jednej sekundzie papierową mitrę
i objął białe włosy.
Przerażony tłum zamilkł. Miał wrażenie, że palą szalonego proroka.
Z twarzy w ogniu straszliwy głos wołał:
— Papieżu Klemensie!. . . Rycerzu Wilhelmie!. . . Królu Filipie!. . . zanim rok
minie, powołuję was przed sąd Boży po sprawiedliwą karę. Przeklęci! Przeklęci!
Wszyscy przeklęci po trzynaste pokolenie waszego rodu!
Płomienie wdarły się w usta wielkiego mistrza, zdusiły w nich ostatni krzyk.
Później, przez czas, który zdawał się nie mieć końca, walczył ze śmiercią.
66
Wreszcie zgiął się wpół. Sznur pękł, a on zapadł się w palenisko. Widziano jego dłoń, wzniesioną wśród płomieni. Tak trwała, zanim sczerniała doszczętnie.
Tłum tkwił w miejscu, zaskoczony i przerażony, głucho pomrukiwał. Zwa-
lił się nań cały ciężar nocy i grozy; wstrząsał nim trzask dogorywających polan.
Ciemności ogarniały dogasający stos.
Łucznicy chcieli odepchnąć ludzi, lecz nie byli oni skłonni odejść. Szeptali:
— To nie nas on przeklął, to króla, nieprawdaż, to papieża. . . Nogareta. . .
Spojrzenia skierowały się ku loggii. Król wciąż stał przy balustradzie. Patrzył
na czarną rękę wielkiego mistrza sterczącą z czerwonego popiołu. Spalona rę-
ka — oto co pozostało ze sławnego rycerskiego zakonu templariuszy. Ale ta ręka
znieruchomiała w geście klątwy.
— I cóż, mój bracie? — zapytał ze złośliwym uśmieszkiem Dostojny Pan
de Valois. — Myślę, że jesteście zadowoleni?
Filip Piękny odwrócił się.
— Nie, bracie — rzekł. — Wcale nie. Popełniłem błąd.
Valois nadął się, gotów zatriumfować.
— Naprawdę? Więc przyznajecie się do tego?
— Tak, bracie — odparł król. — Powinienem był przedtem kazać im wyrwać
język.
Wyszedł, a w ślad za nim Nogaret, Marigny, Bouville. Zszedł ze schodów
wieży i udał się do swoich apartamentów.
Teraz stos był szary, kilka ognistych gwiazdek jeszcze podskakiwało, ale i one
rychło zgasły. Przykry swąd spalonego ciała napełniał loggię.
— To cuchnie — rzekł Ludwik Nawarry. — Naprawdę uważam, że to bardzo
cuchnie, chodźmy stąd.
Młody książę Karol zastanawiał się, czy zdoła o tym zapomnieć nawet w ra-
mionach Blanki.
Rozdział 9
Rzezimieszki Bracia d’Aunay wyszli z wieży Nesle i brodzili niezdecydowani w błocie,
wpatrując się w ciemność. Przewoźnik znikł.
— Tak i myślałem. Ten przewoźnik wcale mi się nie podobał. — rzekł Filip. —
Trzeba się było mieć na baczności.
— Dałem mu za dużo pieniędzy. Łajdak uważał, że zarobił dniówkę, i poszedł
przyglądać się kaźni.
— Byłoby dobrze, gdyby tylko o to szło.
— A ty myślisz, że o co chodziło?
— Nie wiem. Ten człowiek sam się zaofiarował nas przewieźć, jęcząc, że nic
nie zarobił przez cały dzień. Mówimy, żeby zaczekał, a on sobie idzie.
— A co mogłeś zrobić? Nie mieliśmy wyboru. On jeden tylko był.
— Właśnie — rzekł Filip — i coś za dużo pytał.
Nadstawił ucho śledząc, czy dosłyszy szmer wioseł; lecz nic nie było słychać
prócz plusku rzeki i dalekiego gwaru ludzi powracających do swych domów w Pa-
ryżu. Tam na Wyspie Żydowskiej, która od jutra miała przybrać nazwę Wysepki
Templariuszy, wszystko zgasło. Swąd dymu mieszał się z mdłą wonią Sekwany.
— Nie pozostało nam nic innego, jak wracać piechotą. — powiedział Gau-
tier. — Zabłocimy pludry po uda. Ale niewielka to przykrość za dużą przyjem-
ność.
Podali sobie ramiona, żeby się nie pośliznąć, i szli wzdłuż fosy Nesle.
— Zastanawiam się, od kogo je otrzymały — rzekł nagle Filip.
— Co otrzymały?
— Jałmużniczki.
— Jeszcze o tym rozmyślasz? — odparł Gautier. — Ja się o to wcale nie
troszczę. Co mnie obchodzi, skąd pochodzi podarunek, jeżeli mi się podoba.
Jednocześnie gładził wiszącą u pasa jałmużniczkę i czuł pod palcami wypu-
kłość cennych kamieni.
68
— Krewniaczka. . . Niepodobna, żeby to był ktoś z królewskiego dworu —
podjął Filip. — Małgorzata i Blanka nie ryzykowałyby, żeby ktoś rozpoznał u nas
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.