Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Tu się urodziliśmy — wtrącił Kwiatek, a Pączek dodał: — Tu jest nasze miejsce. — Postanowiłem zabrać ich do siebie na jakiś czas — oznajmił Wykończo- ny. — Mają tu dom. Ja również; tak było i będzie. Chłopcy wolą mieszkać nad wodą. — Czy pozostaną prawdomówcami? — Skoro byli nimi dawniej, nic się nie zmieni, prawda? W naszym domu nad rzeką jest dwoje prawdomówców, natomiast w Małym Domostwie brak prawdzi- wej rzeki. Wybraliśmy najlepsze rozwiązanie. Wykończony stwierdził ponadto, że bliźniakom nad wodą było lepiej niż wśród zdumionej ich wyglądem gromady. Nadal zdarzali się ludzie gotowi przejść kawał drogi, byle tylko zobaczyć chłopców; nie chciał, by im się w głowach przewróciło, bo na dobrą sprawę niczym się nie wyróżniają. Bliźniacy patrzyli na ojca z identycznym uśmiechem; podobnie jak my, byli świadomi, co stanowi o ich niezwykłości. Chłodny pokój wypełnił się mocną ożywczą wonią dymu, który łatwiej niż powietrze wciągało się w płuca. Wykończony nie przerywał rozmowy, a kłęby dymu wyglądały jak słowa wychodzące z jego ust. 68 — To osobliwe, że dziwi cię opuszczenie Małego Domostwa — stwierdził, upychając świeże okruchy chleba w główce fajki. — Wygląda na to, że wybrałeś tak samo jak my. Byliśmy od ciebie nieco starsi, decydując się na ów krok. — To nie tak — zacząłem, ale przyszło mi do głowy, że mają rację, ponie- waż wiele lat upłynie, nim powrócę do Małego Domostwa. A jednak żal mi było Pączka i Kwiatka, bo nie mogli pozostać na stałe w najwspanialszym miejscu na ziemi. — Wyruszyłem na wyprawę. Pewnego dnia wrócę. Bez możliwości powrotu moje życie byłoby koszmarem. — Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. — Tak czy inaczej — wtrąciła Bezksiężycowa, podnosząc się z miejsca — możesz tu zostać, jak długo zechcesz. Mamy dużo miejsca. Gdy opowiedziałem wszystkie nowiny z rodzinnego gniazda, jakie zdołałem sobie przypomnieć, a lampy zapalone przez Bezksiężycową przygasły, po krętych schodach poszedłem z chłopcami do sypialni, gdzie przez liczne przeszklone okna widać było czyste nocne niebo i przecinający je Mały Księżyc. Byłem wprawdzie zmęczony, ale minęło sporo czasu, nim zasnąłem. Nie mogłem wyjść z podziwu, słysząc, jak Pączek wpada w słowo Kwiatkowi. Myśleli niczym jedna osoba. Chi- chotali, rozmawiając o sprawach, na których się nie znałem i baraszkowali jak młode wydry. Za dnia wyglądali na opalonych, ale w półmroku na tle ciemnych kołder ich skóra wydawała się blada. Postanowili mi pokazać swoje skarby ukryte w pudłach oraz pod posłaniem; obejrzałem pustą skorupę żółwia i myszkę o spiczastym nosie w gniazdku z trawy. Ze skrytki w ścianie wyciągnęli najcenniejszy przedmiot. Była to przezroczysta kostka z plastiku, a w niej mucha gotowa do lotu; prawdziwy owad. Niesamowi-te! Zatopili muchę w plastikowej bryle! Pochyleni ku sobie obracaliśmy kostkę w świetle księżyca. — Jak powstała? — wypytywałem. — Ma jakąś historię? Skąd ją macie? — Od świętego — odparł jeden z chłopców i sięgnął po następny przedmiot wart pokazania, ale zdziwiony jego słowem dodałem natychmiast: — Święty wam to dał? Jaki święty? — Nasz znajomy — odparł Pączek. — Znacie świętego? — Dał nam kostkę. — Czemu? Co to miało oznaczać? — Nie wiem — powiedział jeden z chłopców. — To miało być dla nas na- uczką. Mucha jest przekonana, że wisi w powietrzu, bo wszystko dokładnie widzi i nie czuje, by ją cokolwiek ograniczało. A jednak nie może się poruszyć. Mamy z tego czerpać naukę. Tak powiedział. — To zwykły upominek — wtrącił drugi z braci. — Czy mógłbym poznać waszego przyjaciela? — zapytałem tak niecierpliwie, że chłopcy byli wyraźnie zdziwieni. — Daleko trzeba iść? — Tak. 69 — Nie — odparł brat bliźniak. — Niezbyt daleko. Wyruszymy o świcie. Za-bierzemy cię do niego. Nie wiadomo, czy cię polubi. — Na pewno cię polubi. Chłopcy wymienili spojrzenia i parsknęli śmiechem. — To dlatego, że jest nas dwu — rzucił Pączek, gdy stali objęci ramionami, spoglądając na mnie z uśmiechem. Jak przystało na dobrze wychowanych młodzieńców spod znaku Liścia, po- zwolili mi wybrać posłanie. Długo nie mogłem zasnąć. Wsłuchany w szum wody rozmyślałem o naszych odwiedzinach u świętego. Miałem go poznać jutro, wkrót- ce, tak szybko! TRZECIA FASETA Rano Wykończony przewiózł nas swym wehikułem przez Rzekę. Ciągle śmiał się i żartował. Nie spotkałem dotąd człowieka, który po przebudzeniu byłby w tak dobrym humorze — rzecz jasna, oprócz mnie, uradowanego rychłymi odwiedzi-nami u świętego. Pączek i Kwiatek włożyli grube koszule chroniące przed chło- dem i mgłą, która zalegała nad rzeką oraz jej dopływami o bardzo przyjemnej woni, ja natomiast trząsłem się z zimna. Od Bezksiężycowej dostałem zapas chle-ba i ładną plastikową butelkę z przygotowanym na zimę musującym gronowym napitkiem. . . a na pożegnanie całusa. — Jesienią wybieram się do starego gniazda — oznajmiła. — Powiem, że cię widziałam w dobrym zdrowiu. Moja wędrówka trwała zaledwie dzień, a już miałem do przekazania tysiące nowin, zachowałem jednak milczenie, obojętnie skinąłem głową, jak przystało na doświadczonego wędrowca, i ruszyłem za Wykończonym. Przez jakiś czas szliśmy z bliźniakami zalesionym brzegiem, wzdłuż bystre- go dopływu rzeki, który spokojnie płynął wyżłobionym w gruncie korytem. Gdy słońce było już wysoko i mocno przygrzewało, a poranna mgła zniknęła, dotar-
|
Wątki
|