Ulana, Ulana7- Nie, nigdy; cóż to ty myślisz co złego na córkę?- Nic, stary, ale się boje, pan młody, ona piękna, a diabeł nie śpi...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

- I, dajcież pokój panu. Czy jemu to w głowie, on z fuzją a z psami; aby po
lesie włóczyć się, to jemu dosyć!
- Oj, nie! Bat'ku[27], nie! Coś ja widzę, coś ja myślę, a ja nie myślę na darmo.
Nie gadajcie tylko przed nikim, ale mnie się zdaje, że oni się z sobą znają.
- Tać Ulana dawniej służyła we dworze, a nigdy tego nie było, a teraz, kiedy
sama gospodynią w chacie i z dziećmi, żeby jej dur na głowę przyszedł? .
- A pamiętacie wy Nastkę Prokopową? - rzekł Lewko. - O! o! a cóż, pamiętam.
- Żyła lat pięć z mężem, a ekonom ją potem zbałamucił. Prokop dał jemu w lesie w
skórę, złapawszy go z żoną. Ekonom nazajutrz oddał we dworze na pańszczyźnie we
dwoje, a potem...
- Prokopa oddali w rekruty.
- A Naścia była gospodynią u ekonoma; a dzieci zostały sierotami na wieki.
- A cóż? Prawda! Ale Ulana nie taka, o! nie taka! i pan także.
- Pan! pan! to gorzej ekonoma. Cóż jemu zrobić? co jemu powiedzieć? Trzeba
cierpieć! bo i uciec nie można, i na dnie w piekle teraz znajdą, a potem rekruty
albo nędza gotowa.
- Ale kiedy tego nie ma, a Ulanie to nie w głowie.
- Do was. Dobrego zdrowia.
- Daj Boże, daj Boże; do was, kumie.
- Dobrego zdrowia.
- Na zdrowie wam.
- Na zdrowie.
A potem już podchmieleni starzy zaczęli długo swoją nędzę i utrapienia swego
stanu wywodzić - aż na stole posnęli. Ale gdy się Lewko przedrzymawszy obudził,
przyszło mu wszystko na myśl, potrząsnął za rękę starego ojca Oksenia, bo już
noc była i czas do chaty powracać.
Przebudzony stary wlókł się po cichu błotnistą ulicą rozmyślając o tym, co mu
Lewko nagadał. Ale trzęsąc głową nie wierzył temu i oziębły, przywyklejszy,
obyty ze wszystkim, nie tak brał wstyd swego syna i hańbę synowej, jak tamten.
Owszem, gdyby tak było nawet, nie widział nic bardzo złego, Tak wpół myśląc,
wpół jeszcze drzemiąc, doszedł do drzwi. We drzwiach spotkał Ulanę ubraną jak do
wyjścia; miała na sobie świtę, trzewiki niedzielne, pończochy, białą chustkę na
głowie, przepasana paskiem kolorowym.
Stary ujrzał to choć po ciemku i zastanowił się w progu.
- Czyżby to prawda była? - pomyślał i spytał:
- Dokądże to po nocy, Ulano?
- Do ekonomowej - odpowiedziała śmiało kobieta - przysłała po mnie, bo jej
dziecko słabe, trzeba pilnować...
- Masz ty swoje w chacie.
- Jest przy nich Pryśka.
- Pryśka nie matka - odpowiedział stary wchodząc we drzwi. - Ale idź z Bogiem,
kiedy chcesz.
Obejrzał się jeszcze i poszedł natuliwszy czapkę na uszy. Ulana ruszyła
ramionami i pobiegła do dworu.
Ale nie szła do ekonomowej. O! nie. Już nie pierwszy to raz na zawołanie pana
biegła z nim w las lub do ogrodu i uplątana w tę miłość pańską, o której tyle w
piosenkach słyszała, zapomniała już dzieci, chatę, męża, wstyd, bo kochała pana.
Jak się to stało, skąd to przyszło - sama nie wiedziała; płakała czasem nad
sobą, a szła do niego i poświęcała swój spokój, wszystko swoje, za trochę szału,
którego połowy lepszej nie pojmowała, słuchając go jak dalekiej pieśni, co ją
wiatr rozerwaną, a jeszcze piękną do uszu przynosi.
Z nim razem całe noce w ogrodzie albo w gęstwie lasu ukryta przesiadywała i
milcząc rozmawiali lub niewielą słowy, a w tej rozmowie tyle było rzeczy! Byli
szczęśliwi, szczęściem jakimś osobliwszym, niepojętym, potwornym, do którego
jedno się wysoko spinać, drugie nisko upaść musiało. A jednak było to szczęście,
nie chwilowe nasycenie, nie przemijający szał: oboje to czuli i na próżno
Tadeuszowi szyderski rozum wskazywał jutro odmienne, to jutro było jeszcze
dalekie. Szczęście to było, choć za nim świeciły burze, choć w nim były łzy i
niepokój, i poniżenie.
Ulana przy panu zdawała się pojmować sercem gorącym, co do niej mówił Tadeusz,
często słowy i myślami z innego wcale świata; choć co tylko dla niej
niezrozumiałym być mogło, on zniżał się do niej i miłości swej formy do pojęcia
prostej wieśniaczki stosował.
Było coś dziwnego w ich rozmowach nocnych, w ich zbliżeniu do siebie, w
poufałości; lecz wdzięk wejrzenia, uśmiechu Ulany, żywe jej pojęcie, miłość co
dzień wzrastająca - tłumaczyły ich położenie.
Tadeusz chętnie przy niej zapominał wszystkich dawnych poezyj i marzeń swej
duszy, wszystkich innego świata przyjemności - wszystkiego, co w jego
teraźniejszą nie mieściło się sferę; żył tylko tą osobliwszą sielanką, w ciągłym
odurzeniu, nieustannym pijaństwie bez wytrzeźwienia. Rozum coraz się rzadziej z
szyderstwy odzywał, podbity padł i milczał.
Tak płynęły dnie, noce, wieczory, tygodnie i już wieść o tym coraz się stawała
na wsi głośniejszą. Pan o tym nie wiedział. A Ulana? Już o to nie dbała. Ona go
kochała.
KONIEC ROZDZIAŁU
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zĹ‚apiÄ…, to znaczy, ĹĽe oszukiwaĹ‚eĹ›. Jak nie, to znaczy, ĹĽe posĹ‚uĹĽyĹ‚eĹ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….