Radamantys, i Ajakos, i Triptolemos, i innych półbogów, którzy za życia swego byli sprawie- dliwi – to czyż to nie miła przeprowadzka? Albo tak...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Przecież i ja przedziwne miałbym tam rozmowy, ilekroć bym spotkał Palamedesa i Ajasa,
syna Telamona, i jeśli ktoś inny ze starożytnych padł z niesprawiedliwego wyroku, to porów-
nywać swoje losy i ich cierpienia byłoby, myślę, wcale przyjemnie. A największa przyjem-
ność byłaby ich tam badać i dochodzić ustawicznie tak jak tych tutaj, który też z nich jest na-
prawdę mądry, a który się tylko za mądrego uważa, a nie jest nim naprawdę. Ileż by człowiek
dał za to, sędziowie, żeby tak wybadać takiego Odyseusza, który wielkie wojsko pod Troję
przyprowadził, albo Syzyfa, albo innych bez liku wymieni ktoś mężczyzn i kobiet, z którymi
tam rozmawiać i obcować, i wypytywać ich nieopisanym byłoby szczęściem?
Przynajmniej za takie rzeczy tam na śmierć nie skazują. To pewne.
123
Więc oni tam są w ogóle szczęśliwsi od nas tutaj, a oprócz tego są jeszcze nieśmiertelni,
jeżeli prawdą jest to, co ludzie mówią.
Więc i wy, sędziowie, powinniście z pogodą i nadzieją myśleć o śmierci, a tylko tę jedną
prawdę mieć na oku, że do człowieka dobrego nie ma przystępu żadne zło ani za życia, ani po
śmierci, a bogowie nie spuszczają z oka jego sprawy.
I moja sprawa także nie poszła sama takim torem; dla mnie to rzecz jasna, że umrzeć już i
pożegnać się z kłopotami życia lepiej dla mnie. Dlatego też mnie nigdzie znak mój nie kiero-
wał w inną stronę i ja się na tych, którzy mnie skazali, i na oskarżycieli moich nie bardzo
gniewam. Jakkolwiek oni nie w tej myśli głosowali przeciwko mnie i skarżyli, tylko myśleli,
że mi zaszkodzą. To im też należy zganić. O jedno tylko ich proszę: synów moich, kiedy do-
rosną, karzcie, obywatele, dręcząc ich tak samo, jak ja was dręczyłem, jeśli zobaczycie, że o
pieniądze czy o cokolwiek innego więcej dbają niż o dzielność, i jeśliby mieli pozory jakiejś
wartości, nie będąc niczym naprawdę, poniewierajcie ich tak samo jak ja was, że nie dbają o
to, co trzeba, i myślą, że czymś są, chociaż nic nie są warci. Jeżeli to zrobicie, spotka mnie
sprawiedliwość z waszej strony; i mnie, i moich synów.
Ale oto już i czas odejść; mnie na śmierć, wam do życia. Kto z nas idzie do tego, co lepsze,
tego nie wie jasno nikt – chyba tylko bóg.
124
KRITON
OSOBY DIALOGU:
SOKRATES
KRITON
125
SOKRATES. Coś tak wcześnie przyszedł, Kritonie? A może to jeszcze nie rano?
KRITON. Ależ i bardzo.
SOKRATES. Która mniej więcej?
KRITON. Świt wczesny.
SOKRATES. Szczególne, że cię raczył dozorca więzienia usłuchać.
KRITON. On mnie już zna, Sokratesie, bo ja tu często chodzę, a jeszcze i coś tam dostał ode
mnie.
SOKRATES. A dopiero coś przyszedł, czy dawno?
KRITON. Dosyć dawno.
SOKRATES. No to czemużeś mnie zaraz nie zbudził, tylkoś tak cicho usiadł koło mnie?
KRITON. Nie, na Zeusa, Sokratesie. Toż ja bym i sam dla siebie nie chciał takiej bezsenno-
ści i jeszcze w takim smutku. Ja cię też od chwili już podziwiam; widzę, jak ty smacznie
śpisz; i umyślnie cię nie budziłem: niech ci będzie jak najprzyjemniej. Ja już często i przed-
tem myślałem sobie, jakie ty masz szczęśliwe usposobienie w całym życiu, a najwięcej w tym
nieszczęściu teraz; jak ty to łatwo i łagodnie znosisz.
SOKRATES. No przecież, Kritonie, głupio by było oburzać się, kiedy człowiek w tym wie-
ku, że potrzeba już skończyć.
KRITON. I inni, Sokratesie, w tym wieku popadają w podobne nieszczęścia; ale ich wiek
zgoła nie chroni od tego, żeby się na taki los nie burzyli.
SOKRATES. To prawda; ale czemuś ty tak rano przyszedł?
KRITON. Nowinę, Sokratesie, przyniosłem przykrą; nie dla ciebie, jak uważam, tylko dla
mnie i dla twoich bliskich, i przykrą, i ciężką, a mnie ją chyba najciężej przenieść.
SOKRATES. Cóż to takiego? Pewnie okręt przyszedł z Delos, a po jego przybyciu ja mam
umrzeć?
KRITON. Jeszcze nie przyszedł, ale zdaje mi się, że dzisiaj przyjdzie. Tak mówią ludzie;
przyszli z Sunion i tam go zostawili. Widać z tych wiadomości, że przyjdzie dzisiaj, a ty bę-
dziesz musiał, Sokratesie, jutro życie zakończyć.
SOKRATES. Ano, Kritonie, to szczęśliwej drogi. Jeżeli się bogom podoba, to niech tak bę-
dzie. Ale ja nie myślę, żeby on przyszedł dzisiaj.
KRITON. Dlaczego tak myślisz?
SOKRATES. Ja ci powiem. Bo mam umrzeć na drugi dzień po przyjściu okrętu.
KRITON. Tak mówią ci tu, zarządcy.
126
SOKRATES. Więc myślę, że on nie jutro przyjdzie, ale pojutrze. A wnoszę tak z pewnego
snu, który miałem przed chwilą tej nocy. Zdaje się, że jakoś w samą porę mnie nie zbudziłeś.
KRITON. A cóż to był za sen?
SOKRATES. Wydawało mi się, jakby jakaś kobieta do mnie przyszła piękna i postawna, a
białe miała suknie; zawołała mnie i powiada:
„Dnia trzeciego przybędziesz do Ftyi, gdzie plony obfite”.
KRITON. Szczególny ten sen, Sokratesie.
SOKRATES. Ale jasny, jak mi się zdaje, Kritonie.
KRITON. I bardzo – oczywiście. Ale przedziwny człowieku, Sokratesie. Jeszcze i teraz po-
słuchaj mnie i ratuj się. Bo mnie, jeżeli ty umrzesz, spotka nie jedno tylko nieszczęście, ale
naprzód: stracę takiego przyjaciela, jakiego nigdy drugiego nie znajdę, a jeszcze będzie się
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.