Trafiła matka w samą prawdę, bo pod wieczór wuj kantor, który Semena u nas poznał i bardzo polubił, przybieżał do nas zadyszany i prawi: –...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zło-
żyli go u Żyda kwotnika, co niedaleko mieszka, a balwierz, co go zawołano, jeszcze się w
nim życia domacał, ale mówi, że mu śmierć pewna od rozłupanej czaszki.
– Od Semenowe j szabli! – zawołałem prawie z uciechą, bo lubom z tej całej przygody nic
nie rozumiał, przeciem na ślepo trzymał z Kozakiem przeciw Żydowi.
– Pewno że nie inaczej – mówi na to wuj – ale kto tam wie, czy się i Semenowi nie dosta-
ło, bo Żyd ów prawie że jeszcze trzymał w ręce wystrzelony pistolet.
– Może i Semen zabity! – woła matka. – Może, postrzelony, powlókł się gdzie w las albo
w pole i tam skonał. Nieszczęśliwy sierota!
– Toby jego koń został – mówię ja na to – a jak konia nie ma, to Semen pewnie zdrowo
uszedł. Znam ja tego konia dobrze; nie odstąpiłby on swego pana na krok; tak by przy nim
wartował, jak pies, i prędzej by zdechł, niżby go odbieżał.
Tak my i wszyscy we wsi gadali i zachodzili w głowę, co to była za rzecz między Seme-
nem a tym podróżnym Żydem turskim, a tymczasem znowu dzień minął bez słychu i wieści, i
wszystko, jako nam było tajemnicą, tak i pozostało. Tej nocy ja znowu usnąć nie mogłem,
ciągle myśląc o Żydzie i Semenie, a obaj stali mi tak w oczach, jak gdybym obu żywych miał
przed sobą. Leże tak w małej izbie z otwartymi oczyma – matka spała obok w świetlicy – i w
głowie mi się kłębi od samych dziwnych rzeczy, jak gdyby w jakiej strasznej bajce, i patrzę
w małe okienko naprzeciw mojego posłania, a noc było dość jasna, choć księżyc nie docho-
dził jeszcze pełni – kiedy nagle widzę, że jakiś cień podsuwa się pod okno i słyszę jakoby
lekkie pukanie. Nie wierzę zrazu ani oczom, ani uszom, myśląc, że to tylko przywidzenie, ale
15
oto znowu i cień widzę wyraźniejszy, i pukanie słyszę głośniejsze. Zrywam się z posłania i w
tej chwili przychodzi mi na myśl, że to chyba Semen być musi.
Ostrożnie, po cichutku, aby matki nie budzić, wymykam się do sionki, odsuwam zaworę i
z progu wyglądam na podwórze. Patrzę, a tu pod oknem stoi Semen. Zobaczył mnie zaraz i
przystąpiwszy mówi do mnie szeptem:
– To ja, Hanusiku, ja, Semen. Gdzie moje pistolety?
– Schowałem je w izbie – odpowiem.
A trzeba wiedzieć, że nazajutrz po zniknięciu Semena zabraliśmy z matką z pustej stajni
wszystkie jego rzeczy: łuk, sajdak, pistolety, kobzę, do komory.
– Łuk i kobza niech będą twoje, na niezabudysz po Semenie, ale pistolety mi wynieś i sam
się zbieraj, bo mi ciebie trzeba.
Wpadłem do chaty, ogarnąłem się prędko, po cichu z komory zabrałem pistolety i wykra-
dłem się na dwór jak złodziej, aby matka nie słyszała. Kozak wziął pistolety, chwycił mnie
mocno za ramię i tylko jedno słowo powiedział:
– Chodźmy.
Zagroda nasza stała dość daleko za wsią, prawie na bezludziu, nie było tedy wielkiej oba-
wy, aby nas kto widział, choć jak rzekłem, noc jasna była. Jednakże Semen rozglądał się do-
brze dokoła, jakiś czas nasłuchiwał, a potem ruszył ze mną bardzo szybkim krokiem. Prze-
biegliśmy pole i zapadli w las, a od Podborza zaczynają się ogromne lasy i idą daleko, daleko
w góry, aż pod Beskid ku Węgrom, ciemne, gęste bory, jakoby jedna nieprzebrana puszcza.
Na brzegu lasu Semen się zatrzymał i mówi:
– Otwórz ty dobrze oczy jak ryś, bacz ostro i miarkuj sobie a zapamiętaj drogę, abyś się tu
dobrze wyznał i abyś tam mógł trafić beze mnie czy dniem, czy nocą, dokąd ja ciebie teraz
zawiodę. Tam uważaj i pamiętaj, jak gdyby ci o śmierć albo życie chodziło.
Wstąpiliśmy w las i szliśmy długo, bardzo długo, że mi się to parę godzin zdało, a Semen
po drodze ciągle mnie uczył, jako poznawać drogę, pokazywał mi znaki, według których
mam się brać, to prosto, to w lewo, to w prawo; tu debra, tu ruczaj, tu jar, tu polanka, tu wy-
wrócisko, tu majdanek, tu zielony od mchu moczar; tędy pójdziesz, tak skręcisz, stąd prosto
jak strzelenie z łuku na północ się weźmiesz. Kazał mi leźć na bardzo wysoką sosnę i sam
wylazł, a stamtąd na gwiazdy uważać kazał, które z nich dobrze drogę mi wskażą, gdyby tego
była potrzeba.
Nareście przyszliśmy na polanę większą, w czarnej gęstwinie ukrytą, z jednej strony od la-
su jarem głębokim przeprutą. Od polany tej ku północy las wyraźnie jakby do góry skoczył,
albowiem tak się nagle i stromo grunt leśny podnosił, żeśmy naraz stanęli przed urwistą ska-
łą, jakoby przed ścianą i gdybyśmy byli chcieli dostać się dalej, nie zbaczając z drogi, to chy-
ba leźć po drabinie byłoby trzeba. Tu Semen stanął i pyta:
– Spamiętałeś dobrze drogę?
– Spamiętałem.
– Trafisz do domu?
– Trafię.
– A z domu?
– I z domu.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.