Dobry pomysł – pomyślała...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Jakiś facet spyta, czy może mi postawić drinka, ja się zgodzę, a później, gdy będziemy czekać, powiem mu od niechcenia, że prześladuje mnie sen o tym, jak to z penisa mojego ojca wychodzą glisty zamiast nasienia. Po takiej interesującej konwersacji facet na pewno natychmiast zaprosi mnie do siebie. Nie zażąda nawet świadectwa lekarskiego, że nie mam AIDS.
W połowie listopada, gdy uwierzyła wreszcie, że policja naprawdę zostawi ją w spokoju, a pikantne szczegóły sprawy nie dostaną się do gazet (trudno jej było w to uwierzyć, bo najbardziej się tego bała), postanowiła znów rozpocząć terapię z Norą Callighan. Nie miała ochoty bezczynnie siedzieć przez najbliższe trzydzieści lat w pustym domu, dręcząc się koszmarami. Gdyby odważyła się opowiedzieć Norze o dniu zaćmienia, jej życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej. Podobnie jak owego wieczoru na plebanii w Neuworth, gdyby do kuchni nie weszła tamta dziewczyna. Może nic by się nie zmieniło... może bardzo wiele...
Może wszystko.
Zatelefonowała więc do „New Today, New Tomorrow”, nieformalnego stowarzyszenia terapeutów, do którego należała Nora, i przeżyła wstrząs, dowiedziawszy się od recepcjonistki, że Nora zmarła w zeszłym roku na białaczkę – na rzadką, złośliwą odmianę, która dała pierwsze objawy dopiero wtedy, gdy było już za późno na leczenie. Czy Jessie chciałaby się spotkać z Laurel Stevenson? – spytała kobieta, lecz Jessie pamiętała Laurel – wysoką, ciemnowłosą, ciemnooką piękność, która nosiła pantofle na wysokich obcasach i wyglądała na bardzo zaborczą w łóżku. Odpowiedziała recepcjonistce, że się zastanowi, i oczywiście nigdy więcej nie zadzwoniła.
W ciągu trzech miesięcy, odkąd dowiedziała się o śmierci Nory, miewała dobre dni (gdy tylko się bała) i złe dni (gdy była zbyt przerażona, by wyjść z pokoju, a cóż dopiero z domu), ale jedynie Brandon Milheron poznał w miarę pełną wersję jej historii, choć niezupełnie w nią wierzył. Współczuł, owszem, lecz nie wierzył. Przynajmniej na początku.
– Nie znaleziono żadnego kolczyka z perłą – rzekł nazajutrz po tym, jak Jessie opowiedziała o tajemniczym gościu z zapadniętą bladą twarzą. – Ani zabłoconego śladu stopy. Przynajmniej nie wspominają o tym raporty policyjne.
Jessie wzruszyła ramionami i milczała. Mogłaby dyskutować z Brandonem, lecz bezpieczniej było tego nie robić. Po ucieczce z domku letniskowego bardzo potrzebowała przyjaciela, a Brandon doskonale spełniał tę rolę. Nie chciała zrazić go do siebie zwariowaną gadaniną.
Była również inna, prostsza, bezpośredniejsza przyczyna, Brandon mógł mieć rację. Nocny gość mógł być mimo wszystko utkany ze światła księżyca.
Krok po kroku Jessie zdołała sobie wmówić, przynajmniej za dnia, że to prawda. Kowboj kosmiczny był swego rodzaju testem Rorschacha, złożonym nie z plam atramentu, tylko z cieni poruszanych przez wiatr. Nie obwiniała się jednak za nadmiar wyobraźni, wręcz przeciwnie. Gdyby nie wyobraźnia, nigdy nie dosięgnęłaby szklanki z wodą... a nawet gdyby jej się to udało, nie wpadłaby na pomysł wykorzystania karty subskrypcyjnej jako rurki. Nie, wyobraźnia zasłużyła na pobłażliwość, Jessie powinna po prostu stale pamiętać, że owej nocy była sama. Dojście do równowagi psychicznej zależało w dużej mierze od umiejętności oddzielenia rzeczywistości od fantazji. Powiedziała o tym Brandonowi. Uśmiechnął się, uściskał ją, pocałował w skroń i stwierdził, że naprawdę dochodzi stopniowo do równowagi.
Wreszcie, w zeszły piątek, wzrok Jessie padł przypadkowo na artykuł w dziale wiadomości lokalnych „Press-Heralda”. Jej dotychczasowe założenia natychmiast zaczęły ewoluować i trwało to przez cały czas, odkąd historia Raymonda Andrew Jouberta rozpoczęła długą drogę od wiadomości lokalnych, poprzez dział kryminalny, do krzyczących nagłówków na pierwszych stronach gazet. Wreszcie, wczoraj... tydzień po pojawieniu się w prasie nazwiska Jouberta...
Rozległo się pukanie do drzwi i Jessie skuliła się instynktownie ze strachu. Opuścił ją on prawie natychmiast, lecz przecież jednak się pojawił.
– To ty, Meggie?
– Ja, paniusiu.
– Wejdź!
Do pokoju weszła ze szklanką mleka na tacy Megan Landis, gospodyni zatrudniona przez Jessie w grudniu (właśnie wówczas towarzystwo ubezpieczeniowe nadesłało listem poleconym pierwszy czek na poważną sumę). Koło szklanki leżała niewielka szaroróżowa pigułka. Na ów widok prawy nadgarstek Jessie zaczął piekielnie swędzieć. Nie zawsze się to zdarzało, lecz nie była to również zupełnie nie znana reakcja. Przynajmniej nie miała już skurczów i dziwnego poczucia, że skóra odchodzi jej od kości. Przed Gwiazdką Jessie chwilami święcie wierzyła, że przez resztę życia będzie pić płyny z plastikowego kubeczka.
– Jak tam dziś twoja łapka? – spytała Meggie, jakby telepatycznie wyczuła swędzenie ręki Jessie.
Jessie nie uważała tego bynajmniej za śmieszne. Pytania Megan – jej fantastyczna intuicja – wydawały się niekiedy trochę niesamowite, ale nigdy śmieszne.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.