Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Wszystko jest tajne. Ale to był tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty ósmy rok. Palono wtedy karty powołania. Matka przekazała wrogowi fotografie satelitarne. Myślę, że w ten sposób wyraziła swój sprzeciw wobec wojny.
- A tajemniczy gość? Co on miał z tym wspólnego? - Nie wiem. Na początku myślałam, że działali w porozumieniu. Ale, 0 ile mi wiadomo, nigdy go nie aresztowano. Nie wydano nawet nakazu aresztowania. Nie wiem... Może był jednym z tych rewolucjonistów, którzy pomagali dezerterom. - Zamknęła oczy, gdy kolejny dreszcz wstrząsnął jej ciałem. - To nie wszystko. Nie tylko FBI jej poszukuje. - Obróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz. - Dwie kobiety, które też pracowały dla Narodowej Agencji Zwiadowczej, zostały w tym roku zamordowane przez tego samego człowieka. - Co? - zapytał, patrząc na nią. - Kto? - Nie wiadomo. Policja idzie złym tropem. Nawet nie wzięli pod uwagę powiązania z tą aferą szpiegowską. Najgorsze jest to, że matka nie ma pojęcia, że może jej też grozi niebezpieczeństwo. Nie ma sposobu, żeby ją ostrzec, bo nikt nie wie, gdzie przebywa... Dzięki mnie - dodała głosem pełnym goryczy i wstydu. - Cam. - Przyciągnął ją do siebie i pogłaskał po włosach. - To właśnie jest bariera między tobą a mną. Nie chodzi o twojego męża ani o proces. Chodzi o twoje poczucie winy. - To ja. Taka jestem. - Nie, to jest coś, co kiedyś zrobiłaś. Jeden nieprzemyślany czyn dawno, dawno temu. Nie możesz wciąż tego rozpamiętywać. - Wydałam własną matkę. - Byłaś dzieciakiem, targały tobą silne emocje. Każdy by to zrozumiał1 ci wybaczył. Twoja matka zrobiła, co zrobiła. Cam, tak samo jest ze mną i z Treyem. Ale nie obwiniam go i nie wierzę, że twoja matka obwinia ciebie. - Ja nie wierzę, że mnie nie obwinia. - Przebaczyła ci już dawno temu. Ona cię kocha. - Skąd ty to wiesz? Dotknął palcami jej policzków. Otarł łzy i pocałował ślad, jaki zostawiły. - Bo cię kocham. Położyła się i przyjrzała jego twarzy. W to też nie wierzyła. Rozmawiali godzinami, przysypiając co jakiś czas. Cam nie wiedziała już, czy jeszcze z nim rozmawia, czy już śni. Gdy wstawał świt, zapytał: - Wiesz, co się stało z tym chłopakiem, Darrylem? - Charlene powiedziała, że matka poszła go szukać z lewarkiem w ręku. Ojciec i dwóch kierowców musiało ją od niego odciągnąć, bo na pewno by go zabiła. I tak dostał w głowę. Założyli mu dziesięć szwów. Nigdy więcej nie pojawił się w Johnson’s Sunoco. Steve zachichotał. - Jest naprawdę niesamowita, wiesz? - Hmm? - Zachowała się jak niedźwiedzica, która chroni swoje małe. - Ziewnął i przewrócił się na bok. - Podoba mi się to - mruknął i zapadł w sen. Doug wrócił do Wilmington w czwartek po południu i zrobił obchód kancelarii Jackson, Rieders & Clark, żeby-jak przystało na kandydata-uścisnąć dłonie kolegów, zanim uda się do biura wyborczego. Cam siedziała przy biurku. Mogła się zorientować, w jakim tempie przemieszcza się przez biuro, po śmiechach i ożywionych głosach. Gdy od jej gabinetu dzieliło go tylko kilka pokoi, skręcił w inną stronę. Odetchnęła z ulgą. W drzwiach pojawił się za to Nathan. - Jak leci? - Ramsay zwiał w połowie rozprawy. Poza tym idzie fatalnie. - Słyszałem. - Co? - Wszystko. Ale nie martw się. - Czym mam się nie martwić?! - wybuchnęła. - Myślałam, że przyszłość Douga zależy od tego, czy wygram tę sprawę. - Tak było w zeszłym miesiącu. Słuchaj, będziemy się dzisiaj przygotowywać do niedzielnej debaty. Nie czekaj na Douga z kolacją. - Na nic już nie czekam. Zmrużył oczy, lecz Doug zawołał go z końca korytarza. Nathan obrócił się na pięcie i odszedł. Później zadzwonił Steve. - Czy wszystko w porządku? - zapytał. Ustalili, że nie będzie się przedstawiać. Obróciła się na krześle i wyjrzała przez okno. Jesień zabarwiła liście klonu na cynobrowy kolor. - Wrócił. - Domyśliłem się. Przyjdź do mnie wieczorem. - Jak to wyjaśnię? - No to przyjdź teraz. Po południu. - Nie mogę. Mam spotkanie. - To może być spotkanie ze mną. Podaj miejsce i godzinę. - Dzisiaj nie mogę. Milczał przez chwilę. - Nie oddalaj się ode mnie, Cam. - Nie oddalam się. Po prostu... - Przygryzła wargę. - Po prostu pozwoliłaś, żebym zbliżył się do ciebie bardziej, niż byś tego chciała. A teraz oddalasz się ode mnie. - Nie, po postu dzisiaj nie jest... - No, to jutro. - Jutro muszę być w biurze w Filadelfii. Znów zamilkł. Przestraszyła się. - Steve? - Wiesz, Cam, problem nie polega na tym, że wiem o tobie za dużo. Chodzi o to, że ty wiesz o sobie za mało. - Nie rozumiem. - Zrozumiesz. Za kilka dni. Zadzwoń, kiedy sama do tego dojdziesz. Cam rzeczywiście miała spotkanie tego popołudnia. Z Margo Ramsay. To ona otworzyła drzwi. Miała na sobie zielone kimono, a w ręku trzymała kieliszek z cherry. - Czy Jesse pojechał po Treya? - zapytała Cam, idąc za nią do salonu. - Hmm? - Margo potknęła się i przytrzymała oparcia kanapy, zanim usiadła. - Nie... Biedny Jesse. Kiedy wczoraj wróciliśmy z sądu, zamknął się w swoim pokoju i nie chce wyjść. Upiła łyk cherry i ze zdziwieniem spojrzała na kieliszek. - Och, wybacz mi, Cam. Nie zaproponowałam ci nic do picia.
|
Wątki
|