– Patrzaj – mówiła – tu kładę twoje flanelowe koszulki...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Jeśli nie odbiorą ci, to uważaj aby
nie zginęły, bo innych nikt ci nie da... Tu będą leżeć twoje nowe koszule, a stare kładę tam,
widzisz?... A tu są skarpetki. Wszystkie wycerowałam, noś na zdrowie... Mój Boże, kto
będzie cerował twoje skarpetki?!
Przykucnięta nad skrzynką ciotka Chloe oparła głowę na krawędzi i zrosiła gorzkimi łzami
bieliznę męża.
– Kiedy pomyślę – rzekła po chwili, zabierając się znów do pracy – że nie będziesz tam
miał nikogo, kto by reperował twoją bieliznę, pielęgnował cię i pocieszał, jeśli broń Boże
zachorujesz, to pytam siebie: po co służyć wiernie ludziom, którzy w nagrodę mogą cię
sprzedać? Ach, Boże mój! – zawołała, zrywając się nagle. – Zapomniałam zupełnie, że w
piecu są pierogi... Już czas wyjąć je i dać ci po raz ostatni... Gdzie będziesz miał takie
pożywienie, mój biedny mężu?
Dzieci obudziły się i natychmiast zerwały na równe nogi, widząc na stole pierogi,
pieczyste i konfitury, które podawano jedynie w szczególnie uroczystych wypadkach.
Nasyciwszy się, zmiarkowały o co chodzi i zaczęły ryczeć, pocierając oczy piąstkami.
Tymczasem ojciec wziął na ręce najmłodsze dziecko i pozwolił mu szarpać się za włosy i nos.
Dziewczynka piszczała z uciechy.
– Dziedziczka idzie do nas, sama pani dziedziczka! – oznajmił Mojżesz, siedzący przy
oknie.
– To zbyteczne – odpowiedziała z goryczą ciotka Chloe. – Po co ona teraz przychodzi?
Istotnie po chwili weszła pani Shelby. Ciotka Chloe w ponurym milczeniu podała jej
krzesło.
– Tomie – zaczęła mrs. Shelby, blada jak trup i drżąca z podniecenia – ja chciałam... ja
przyszłam...
Więcej nie mogła mówić, zakończyła zdanie gorzkim łkaniem.
– O pani, droga pani, niech pani nie płacze! – mamrotała, wtórując jej zresztą, ciotka
Chloe.
Zapłakał również Tom, pokrywając pocałunkami córeczkę, która nie przestała piszczeć i
radować się.
– Drogi mój Tomie – rzekła wreszcie mrs. Shelby – niestety, nie mogę ci ofiarować nic
pożytecznego. Jeśli dam ci pieniądze, to ci je zabiorą. Rzeczy też ci nie zostawią. Lecz daję ci
słowo honoru, że stale będę pytać się o ciebie i że wykupię cię, skoro tylko zbierzemy
odpowiednią sumę. Do tego czasu przecierpisz, biedaku. Miej nadzieję w Bogu.
Jedno z dzieci zawołało, że nadchodzi Halley. Po chwili drzwi otworzyły się z hukiem i na
progu stanął handlarz niewolników.
– Gotów jesteś, czarny filucie? – zawołał brutalnie, szpicrutą smagając cholewy.
Tom po raz ostatni ucałował dzieci i ze skrzynką na plecach wyszedł z chaty. Ciotka Chloe
z dziewczynką na ręku oraz chłopcy szli za nim głośno płacząc.
Dookoła bryczki Halley’a zebrała się gromadka starych i młodych niewolników, którzy
chcieli się pożegnać z przyjacielem.
Wszyscy ubolewali nad nim i głośno narzekali na niedolę niewolnika. Kobiety płakały,
spoglądając nań żałośnie.
26
– Siadaj! – rozkazał handlarz, odsuwając Murzynów, którzy oglądali go z nienawiścią i
niemą groźbą w oczach.
Tom zajął miejsce. Halley nałożył mu na nogi okowy z łańcuchem, wywołując okrzyk
oburzenia obecnych.
– Mister Halley – rzekła drżącym głosem mrs. Shelby – zapewniam pana, że jest to
zupełnie zbyteczna przezorność.
– Nie sądzę, pani – odezwał się gburowato handlarz – Dzięki pani pupilce straciłem
wczoraj pięćset dolarów. Nie mam zamiaru ryzykować nadal.
– Szkoda, żeś nie stracił swojej przeklętej głowy! – szepnęła ze złością ciotka Chloe.
– Jaka szkoda, że nie ma panicza – powiedział ze smutkiem Tom. – Chciałbym się z nim
pożegnać.
Jerzy Shelby od pewnego czasu gościł u sąsiadów i nie miał najmniejszego wyobrażenia o
tym, co się działo w domu.
– Pozdrówcie ode mnie panicza – dodał po chwili Tom.
Halley usiadł na koźle i z całej siły zaczął okładać konia batem. Bryczka pomknęła po
piaszczystej drodze, wioząc Toma, który nie spuszczał smutnych oczu z domu rodzinnego.
Mister Shelby nie był obecny przy wyjeździe Toma. Wolał uniknąć smutnego widoku; z
samego rana pojechał do sąsiada.
Tymczasem bryczka Halley’a mknęła po trakcie. Po jakimś czasie zatrzymała się przed
kuźnią. Halley wywołał kowala i, pokazując mu parę ręcznych okowów, polecił:
– Proszę mi zakuć tego draba po rękach i po nogach, ale jak najprędzej, bo nie mam wiele
czasu.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.