Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
To nie zmienia faktu, że ta - choć bardzo
szlachetna - etyka jest teoretycznie nie do utrzymania i w rzeczywistości nie jest praktykowana (ponieważ faktycznie jest niedostępna) przez masy. Sam nieokreślony "głos sumienia", o którym mówią, jeżeli jest oderwany od Prawodawcy wyższego od nas, który będzie nas sądził i z którym możemy i powinniśmy go wiązać, jest zmienny stosownie do czasów, miejsca i temperamentów. Ani nie może wyjaśnić, dlaczego trzeba podążać za nim, gdy sprzeciwia się mojej korzyści, mojej przyjemności, mojej wygodzie. Dlaczego, powtarzam? Dlaczego bez Autora prawa, bez obietnicy nagrody lub groźby kary? Już przed kilku laty stary chrześcijanin, którego słuchałem na via Paulucci de' Calboli, blisko viale Mazzini, sprawdził, czy w zakładzie o nieskończoność i wieczność jego stawka była słuszna. Był nauczycielem dialogu i tolerancji, zjednując sobie ludzki szacunek, może także dlatego, że nie chciał ukrywać swojej pewności wierzącego nie tylko w Boga, w Chrystusa, ale także w Kościół katolicki: - To jest mój testament prawnika i historyka: nie tylko po synowsku identyfikuję siebie w Kościele katolickim, apostolskim, rzymskim. Ale wierzę również, że istotne są dla niego te aspekty instytucjonalne, jurydyczne, kanoniczne, które dzisiaj są odrzucane nawet przez pewnych teologów. Wierzę także w Kościół hierarchiczny, miarodajnego nauczyciela wiary, aby słowo "chrześcijaństwo" nie umarło jak termin "socjalizm", o którym nikt już nie wie, co oznacza. Historia nauczyła mnie, że nie ma przyszłości dla tego, kto odrywa się od pnia Kościoła z postanowieniem lepszego działania dla jego zawsze przecież niezbędnej reformy. Kto to uczynił, to albo przystał do jakiejś sekty ustawicznie się dzielącej i kłótliwej, albo został wchłonięty przez politykę, przez historię: zaangażowanie horyzontalne zniszczyło wysiłek wertykalny. I tutaj znajduje się największa różnica między "przyjacielem Ludzkości", filantropem, działaczem polityczno-związkowym a chrześcijaninem: wiara, że nie wszystko kończy się razem z życiem. A nawet wiara, że wszystko, co jest ważne, rozpoczyna się ze śmiercią. Drzwi jeszcze się nie zamknęły za mną, a już słyszałem stukanie maszyny, na której starzec zabrał się ponownie do pisania. Pod koniec, który przeczuwał jako nieodległy, wspominał wielokrotnie z wyrazistością, przytaczając mi swój program na czas, który mu pozostawał. Program, który także tutaj sięgał "dwóch miast", w których poruszał się, okazując w obydwu pełną godność obywatela. "Miasto" Ewangelii: "Chodźcie, dopóki macie światło, zanim zaskoczą was ciemności". I "miasto" świeckie, to upragnione przez jego starego przyjaciela Benedetta Croce: "Śmierć powinna nas zastać żywymi. Aby nas zabrała wtedy, gdy jesteśmy przy pracy". Gaspare Barbiellini Amidei - Jeżeli idę do kościoła - powiedział - zajmuję ostatnie miejsca: chciałbym oszczędzić sobie piekła przynajmniej za grzech faryzeizmu... Gaspare Barbiellini Amidei jest laikiem, on również jest wszystkim innym niż klerykałem, kimś, kto nie popisuje się swoją osobistą wiarą (o której lubi milczeć nawet przez pewnego rodzaju wstydliwość); w każdym razie nie robi z niej na pewno powodu do zamykania się i nietolerancji wobec owej kultury liberał, z której się wywodzi i która, w tym co jest w niej najlepsze, jest jeszcze całkowicie jego kulturą. Znany przede wszystkim jako cieszący się autorytetem dziennikarz (jako bardzo młody człowiek wszedł do zespołu kierowniczego "Corriere delia sera", w którym jest do dzisiaj) jest również kierownikiem katedry socjologii poznania na uniwersytecie w Turynie oraz autorem licznych esejów, w których ścisłość akademicka spotyka się z aktualnymi problemami. Jego bestsellerem, przetłumaczonym także na inne języki, jest wywiad przeprowadzony z awangardowymi uczonymi, żółta książeczka z tytułem w kolorze czerwonym, który ogłasza Ponowne odkrycie Boga. Na czwartej stronie okładki prowokacyjny "slogan": "Czy przy tym stanie wiedzy człowiek inteligentny może być jeszcze ateistą?" Z naszych spotkań jedno szczególnie pozostaje mi w pamięci; miało ono miejsce w sali odlotów na lotnisku; leciał na jakąś kolejną konferencję, na którą zaproszono go po publikacji tego eseju. Wyraził mi zaraz swoje zdumienie (on, chrześcijanin nie parafialny, na marginesie "świata katolickiego") z powodu ujawnienia się pewnej żywotności, którą mało znał osobiście: - Jest teraz wśród wierzących niewiarygodny ruch inicjatyw, otwartość kulturalna, tolerancja, które w środowiskach laickich nie mają odpowiednika. Dzisiaj tylko katolicki tam-tam może zapełnić teatr młodymi, by dyskutowali na tematy, które rzeczywiście się liczą. Przypomniałem sobie szybką wymianę kwestii z Giorgiem Ben-venuto, przywódcą najbardziej "laickiego" wśród włoskich związków zawodowych: - My, świeccy, pod wieloma względami pozostaliśmy bierni, zacofani, tymczasem Kościół potrafił dokonać nadzwyczajnego wysiłku dla zrozumienia tego co nowe. Katolicy potrafili zrobić swój Sobór. Może właśnie tego nam brakuje: Soboru Watykańskiego II. Ale czy my bylibyśmy do tego zdolni? - Tak, jest wielki zapał w świecie religijnym - potwierdził Barbiellini Amidei. - A jednak, gdy jeden, dwóch, stu, sto tysięcy młodych wchodzi do kościoła, i modlą się, i słuchają, albo idą na plac i patrzą w jasne oblicze pasterza przybyłego z Polski, który mówi rzeczy konkretne, a nie mgliste, mówi o miłości i o ufności; to, według naszej kultury spóźnionej i nieco buntowniczej należy traktować to podejrzliwie jako "cofanie się". Gdy w książkach, w rozmowach, w holu teatru lub w czterech ścianach domu ludzie odkrywają, że nie jest nikczemne, nie jest zakazane rozmawianie o racjach
|
WÄ…tki
|