go niekiedy po lśniącym, zaokrąglonym grzbiecie, wtedy parskał wesoło, zgrabną głowę jakby w znak przyjacielskiego porozumienia podnosząc, to...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
..
Wtem do słuchu jeźdźca przedarło się coś niewyraźnego, lecz wyraźnie obcego leśnym
szmerom i odgłosom. Jakby turkot słaby, jakby głuchy w oddaleniu tętent. Wiatr ani drze-
wa tak nie szumią. Nie był to żaden z głosów lasu... Minuta, dwie i umilkło to, ustało. Pta-
ki w zamian, nie wiedzieć dlaczego, zaświergotały nad wąską drogą chórem prawie ogłu-
szającym, lecz niepodobna było zgadnąć, czy rozweselonym lub strwożonym.
Zatrzymał konia i począł wsłuchiwać się w ciszę. Nic już w powietrzu nie było oprócz
lekkich szmerów wiatru po gęstwinach i tego szczebiotu ptactwa, który uciszać się poczy-
nał.
Może to oni kędyś niedaleko stąd przechodzą, przejeżdżają? Po raz pierwszy uderzyła
mu do głowy myśl, że może się z nimi spotkać. Uderzenie to było zrazu podobnym do
wrzątku, który by człowieka od stóp do głowy oblał. Ale prędko ostygać zaczęło. Przy-
puszczenie nie zdawało się bardzo prawdopodobnym, bo las był ogromny i tamta droga
musiała znajdować się stąd daleko. A jeżeli... Cóż? Gdzie drzewa rąbią, tam trzaski lecą!
Na wojnie jak na wojnie! Uczynił to, co do niego należało, i jedno tylko głupstwo popełnił,
40
drogę w lesie zmylił... Ale przecież i koń, mający cztery nogi, potyka się czasem; cóż więc
on, który ma jedną tylko głowę, i w dodatku aż gotującą się od różnych myśli i niepoko-
jów!
Jechał dalej i myślał, co w wypadku spotkania uczyni. No, przede wszystkim poprosi
pięknie Pioruna, ażeby go, jak na skrzydłach wiatru, odniósł jak najdalej... jeżeli będzie
można, a jeżeli nie będzie można, to... to powie... cóż powie? Na polowanie wyjechał... Jak
to? Bez strzelby i nijakiej broni? Więc na przejażdżkę... niby tak sobie... spaceruje konno
po lesie, dla przyjemności czy, jak mówi stary wuj Klemens, dla „mocjonu”...
Uśmiechnął się na wspomnienie o poczciwym wuju, trochę też z pomysłu konnego dla
przyjemności spacerowania po lesie w tej erze dziejów lasu, ale zaraz ogarnęło go przykre
uczucie niesmaku. Kłamać, zapierać się, wykrętów używać! Wstrętne! I najlepiej nie my-
śleć o tym, co się prawdopodobnie nie stanie.
Koniec drożyny, którą jedzie, już widać. Dotyka, jak się zdaje, koniec ten jakiejś szero-
kiej drogi, której jednak dostrzec niepodobna. I nic wcale o parę kroków naprzód wyraźnie
dostrzec niepodobna zza tych zasłon gałęzistych, co chwilę nad drożyną opadających.
Znowu odgłos jakiś, obcy odgłosom lasu. Jakby w pobliżu powolne stąpanie konia, a
dalej, dalej, jakby poszum przyciszony, ale nie drzew i nie wiatru...
Hej! źle z nami! Tam ludzie są! Ale jacy? Kto? No, cóż robić? Raz kozie śmierć!
Piękny gniadosz szeroko piersią roztrącił, rozerwał gęsty uploć giętkich gałęzi grabo-
wych, za nimi ukazała się droga szeroka i jeździec wychylający się z wąskiej drożyny oko
w oko spotkał się z drugim jeźdźcem, który nadjechał drogą szeroką i szybkim, wprawnym
ruchem konia swego przodem ku niemu obrócił.
Spotkanie to było tak nagłe i niespodziewane, że oba konie jak wryte stanęły i obaj
jeźdźcy wzajem w sobie zatopili wzroki zmieszane, lecz niemniej przenikliwe i bystre.
Człowiek pleczysty, na twarzy rumiany, w mundurze oficera rosyjskiego, bystro, po-
dejrzliwie, posępnie patrzył spod brwi zjeżonych na młodzieńca, który w postawie wypro-
stowanej, siedząc na pięknym koniu, zatapiał w nim roziskrzone oczy. Dwa rozłożyste
klony wznosiły nad ich głowami głęboką arkadę z prześwietlonego przez słońce liścia.
Milczenie trwało krótko: sekundy; po Czym basowy i oburkliwy głos oficera zapytał:
− Kto wy takoj?
Z wielkim spokojem młody jeździec imię i nazwisko swoje wymówił.
− Atkuda?
Wymienił nazwę rodzinnej wsi swojej, niedalekiej stąd, w której przebywał stale...
Siwe oczy oficera roztropnym, badawczym spojrzeniem ogarniały go całego, od stóp do
głowy. Nie mógł mylić się; w zwykłym, codziennym ubraniu, bez broni, bez śladów zmę-
czenia w powierzchowności własnej i konia, na którym jechał, nie mógł to być powstaniec.
Więc czegóż w okolicznościach... takich włóczy się po lesie? Ten jakiś dziwny gniew, po-
sępny i nieustanny, który zdawał się być stałą jego cechą, wezbrał mu w oczach i na twa-
rzy.
− Czego szlajeties po lesie? Rozum postradaliście, czy nigdyście go nie mieli? Ej, ty,
Boże mój, kakije bezmozgłyje ludi!
A potem z wybuchem głosu i rozkazującym gestem ramienia.
− Ubirajsia k' czortu! Do domu jedź! Skorej! skorej!
Młody jeździec ukłonem grzecznym czapki uchylił, po czym konia na tę drożynę, która
w to miejsce przywiodła go, zawrócił.
Oj, ty. Piorunie mój kochany, przenieśże ty mię przez piekielne drogi! Bo oto, na szero-
kiej drodze, w pewnym jeszcze oddaleniu, lecz już bliżej niż przedtem tętent koni słychać,
turkot wozów...
Posłuszny głosowi i dotknięciu pana swego poniósł go Piorun po drożynie leśnej, przez
zasłony gałęziste, które za nim rozwierały się, to zamykały, i niósł coraz prędzej, ale krót-
41
ko... bardzo krótko. Tuż, tuż w pobliżu rozległ się tętent biegnących koni, wśród zieleni li-
ścia zamigotały czerwone ozdoby ubrań i długie piki zarysowały czarne linie. Kozacy
przedzierali się przez las ku dostrzeżonemu jeźdźcowi, drogę mu zajeżdżając. Na czele ich
pędził setnik, wysmukły, zgrabny, piękny w czerwonych pasach ubrania, z czarnymi
oczyma rozgorzałymi wśród śniadej twarzy...
Jakaż słuszność tkwiła w dwa razy powtórzonym wykrzyku oficera: Skarej! skorej!
Może gdy go wydawał, przemknęła mu przez głowę myśl o tamtych jak ptaki chyżych. Ale
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.