Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Nie
chciałbym zaczynać, dopóki nie będzie całkiem widno. W którym miejscu mo- że być pogrzebany król? — W samym środku — odparł Ulath — z nogami skierowanymi na zachód. Rycerze ze świty powinni spoczywać po jego obu stronach. — Dobrze wiedzieć. — Objedźmy kurhan dookoła — zaproponował Sparhawk. — Chcę spraw- dzić, czy ktoś tu kopał i ostatecznie upewnić się, że nikogo tu nie ma. Przy zała-twianiu tego typu spraw niepotrzebne nam towarzystwo. Objechali wzniesienie krótkim galopem. Było całkiem wysokie, na czterdzie- ści kroków długie i na dziesięć szerokie. Zbocza porastała trawa. Nie znaleźli żadnych śladów wykopalisk. — Idę na szczyt — obwieścił Kurik, gdy wrócili na ścieżkę. — To najwyższy punkt w okolicy. Jeżeli ktoś jest w pobliżu, powinienem go stamtąd dostrzec. — Masz zamiar chodzić po grobie? — zapytał Bevier z niedowierzaniem. — Za chwilę wszyscy będziemy po nim chodzić, panie Bevierze — powie- dział Tynian. — Muszę być jak najbliżej miejsca, gdzie pochowano króla, aby wywołać jego ducha. Kurik wspiął się po zboczu kurhanu i stanął na szczycie. Rozejrzał się dookoła. — Nikogo nie widzę! — zawołał na dół. — Ale na południu jest trochę drzew. Nie zaszkodzi tam pojechać, nim zaczniemy. Sparhawk zacisnął zęby, ale musiał przyznać, że giermek ma słuszność. Kurik zsunął się po trawiastym zboczu na dół i ponownie dosiadł konia. — Czy zostaniesz tu z dziećmi? — zwrócił się do czarodziejki. — Nie, mój drogi. Jeżeli między drzewami ukrywają się jacyś ludzie, to lepiej, aby nie wiedzieli, że interesuje nas ten kurhan. 209 — Słuszna uwaga — przyznał rycerz. — Pojedźmy więc po prostu w kierunku tamtych drzew, tak jakbyśmy mieli zamiar jechać na południe. Ruszyli dalej wiejską ścieżką wijącą się wśród pól. — Sparhawku — powiedziała cicho Sephrenia, gdy dotarli na skraj lasku. — Tu kryją się jacyś ludzie i nie są to przyjaciele. — Ilu? — Przynajmniej kilkunastu. — Zostań trochę z tyłu z Talenem i Flecikiem — polecił rycerz. — Dobrze wiecie, co trzeba robić — zwrócił się do pozostałych. Nie zdążyli jeszcze wjechać do zagajnika, kiedy spomiędzy drzew wypadła grupa słabo uzbrojonych wieśniaków. Wszyscy mieli ten sam charakterystycz- ny, dobrze znajomy rycerzom wyraz twarzy lunatyków. Sparhawk pochylił kopię i zaatakował, u swych boków mając budzących strach towarzyszy. Walka nie trwała długo. Wieśniacy ze swoim marnym orężem byli jak bez- bronni, a do tego walczyli na piechotę. W kilka minut było po wszystkim. — Dobra robota, szszszlachetni rycerze — odezwał się z mroku zagajnika me- taliczny, mrożący krew w żyłach głos, po czym zza drzew wyjechał zakapturzony szukacz. — Ale to nie ma znaczenia — ciągnął. — Wiem teraz, gdzie jesssteśś- ście. Sparhawk podał swoją kopię Kurikowi i wyciągnął spod derki włócznię Al- dreasa. — Również my wiemy, gdzie ty jesteś — powiedział ze złowieszczym spoko- jem. — Nie bądź głupi, dossstojny panie Sssparhawku. Z wasss żadni dla mnie przeciwnicy. — A może się przekonamy? Z ukrytego pod kapturem oblicza zaczęła dobywać się zielonkawa poświata. Wtem światło zamigotało i osłabło. — On ma pierśśścienie! — zasyczał szukacz. Wydawał się tracić pewność siebie. — Myślałem, że już o tym wiesz. Wówczas do Sparhawka podjechała Sephrenia na swej białej klaczy. — Długo się nie ssspotykaliśśśmy, Sssephrenio — wysyczał stwór. — Nie dość długo, by mnie to uszczęśliwiło — odparła czarodziejka chłodno. — Oszszszczędzę twe życie, jeżeli sssię poddaszszsz i przyłączyszszsz do mnie. — Nie, Azashu. Nigdy. Pozostanę wierna mojej bogini. Sparhawk patrzył ze zdumieniem to na czarodziejkę, to na szukacza. — Myśśśliszszsz, że Aphrael potrafi cię ochronić, jeżeli ja possstanowię, że twe życie nie ma sssensssu? 210 — Kiedyś już tak postanowiłeś, lecz ja wciąż żyję i nadal służę Aphrael. Pozostanę przy niej. — Jak chceszszsz, Sssephrenio. Sparhawk ruszył wolno do przodu, przesuwając dłoń z pierścieniem na meta- lowy koniec włóczni. Znów poczuł przypływ potężnej mocy. — Gra prawie ssskończona, a jej wynik jessst przesssądzony. Jeszszszcze sssię ssspotkamy, Sssephrenio, po raz ossstatni. — Zakapturzona postać zawróciła konia i umknęła przed zbliżającym się groźnie Sparhawkiem. CZ ˛ E Ś ´ C III Grota trolla Rozdział 18 — To naprawdę był Azash? — zapytał Kalten z lękiem. — Nie, tylko jego głos — odpowiedziała Sephrenia.
|
Wątki
|