Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Wtedy prowadziliśmy już kursy wie-
czorowe, ale tylko w Prowincji Przylądkowej: z kreatywności i dla ma- łych przedsiębiorstw, pozostałe w formie korespondencyjnej. Uczyli- śmy, jak założyć własną firmę, aspektów prawnych, sposobów działa- nia i finansowania, księgowości, gospodarki towarowej... takie tam. Potem uznaliśmy, że przydałby się jakiś ostatni szlif, zanim wyślemy naszych uczniów w świat. Samorealizacja. Coś w stylu poradnika: Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi. - Znów pociągnął nosem, a Joubert miał coraz większą ochotę sprezentować mu chusteczkę. - I w osiemdziesiątym dziewiątym to ona prowadziła szkolenia z samorealizacji? - Tak. 306 - Na kursach wieczorowych? - Nie, Hester wpadła na pomysł dwudniowych sesji wyjazdowych, w piątek i sobotę, do Berg River. Jest tam mała farma agroturystyczna, między Paarl a Franschhoek. To był jej pomysł; uznała, że wieczorem w ciągu tygodnia są zbyt zmęczeni. Że powinni się oderwać od co- dzienności, odświeżyć. Miała tyle planów. Nadal organizujemy te sesje na zakończenie kursu. Zwykle uczestniczą w nich grupki dziesięciu, dwunastu osób, tam zaliczają ostatnie zajęcia, a w sobotni wieczór wręczamy im dyplomy. - Jak często są te wyjazdy? - Och, tylko raz w roku. Taki kurs to trzy miesiące teorii w trybie wieczorowym, bo w dzień ludzie pracują. Nie możemy ich ściągać co wieczór, bo tego nie chcą. - I to cała praca Hester Clarke? Dwa wieczory w roku? - Nie, przygotowała też materiał na wykłady z kreatywności. Nadal z niego korzystamy. Wykłady wprowadzające do tego, czym jest „in- wencja twórcza”. Sprawdzała też ćwiczenia i przygotowywała pytania egzaminacyjne. - Tu, w firmie? - Nie, nie stać mnie, żeby zatrudniać wykładowców. Pracowała w domu. - Gdzie mieszkała? - W Stellenbosch. Poza tym zaliczała też chyba jakieś wykłady na uniwersytecie. - A potem zniknęła? - Nie wiem, czy „zniknęła”. Ale to było bardzo dziwne. Gdy w na- stępnym roku próbowaliśmy ją odnaleźć, jej telefon nie działał czy też odebrał ktoś inny... Już nie pamiętam. Wysyłaliśmy do niej listy i tele- gramy, ale na próżno. Musiałem szybko znaleźć zastępstwo. Pomyśla- łem, że pewnie wróci... może zrobiła sobie urlop albo coś takiego. Ale po jakimś czasie jednak poddaliśmy się. - A kto teraz prowadzi kursy z samorealizacji? - Zeb van den Berg. Długie lata służył w Marynarce Wojennej, a teraz dorabia sobie do emerytury. Ale mała Hester... wciąż korzystamy z jej materiałów. - A Carina Oberholzer? Co ona miała z tym wspólnego? - Wszystko organizowała, kwatery, sale wykładowe i nagrody. Jeździła na farmę w soboty. 307 Przetrawiali te informacje, aż w końcu Joubert zapytał: - W którym roku zniknęła Hester Clarke, panie Slabbert? - Niech pomyślę... - Pociągnięcie, nos znów zatoczył denerwujące kółko. - Niech pomyślę... Policzył na palcach. - Siedemdziesiąty ósmy, osiemdziesiąty ósmy, osiemdziesiąty dziewiąty... tak, w dziewięćdzie- siątym, bo wtedy zatrudniliśmy osobę z Mutual, która na miesiąc prze- jęła jej obowiązki. Ale to się nie sprawdziło, za dużo chcieli pieniędzy. - Więc ostatnie zajęcia z samorealizacji Hester Clarke poprowa- dziła w osiemdziesiątym dziewiątym? - Na to wychodzi. - Panie Slabbert, jesteśmy prawie pewni, że wszystkie ofiary mau- zera spotkały się w osiemdziesiątym dziewiątym na pańskim kursie dla drobnych przedsiębiorców. Ma pan... - Niemożliwe! - Ma pan listę studentów tamtego roku? - Byli studentami? - Ma pan jeszcze tę listę? - Wszyscy byli studentami? - Panie Slabbert, lista? - Tak, przechowujemy listy... - Możemy ją zobaczyć? Slabbert wziął się w garść. - Oczywiście, oczywiście. Zaraz wam pokażę. - Otworzył jedną z szuflad swojego biurka i wyjął pęk kluczy. - Będziecie musieli pojechać ze mną. - Dokąd? - Och, za dużo jest tych danych, żeby je tu przechowywać. Mam mały magazyn w Maitland. Wyszli za nim z pokoju, minęli biurka personelu administracyjne- go, przy których czternaście kobiet, czarnych i białych, walczyło ze stosami dokumentów. - Powinny też być zdjęcia - powiedział Slabbert, gdy znaleźli się na dworze. - Czego? - Studentów, na świadectwach. Ale znalezienie tego nie będzie ła- twe - dodał i pociągnął nosem. Rozdział 42 MAŁY MAGAZYN W MAITLAND okazał się brudnym, przerdzewiałym budynkiem rozmiarów hangaru na boeinga, stojącym między złomo- wiskiem a składowiskiem palet. Slabbert z trudem otworzył olbrzymie zasuwane drewniane drzwi i zniknął w półmroku. Usłyszeli pstryknię- cie włącznika, po czym zamigotały rtęciówki zawieszone pod wysokim sufitem hali. O'Grady rzucił wiązankę przekleństw. Pozostali tylko się gapili. Od drzwi do końca magazynu, od lewej ściany do prawej, ciągnęły się wy- sokie na siedem metrów sterty brązowych kartonów, poustawianych porządnie na drewniano-metalowych regałach. - Problem - powiedział Slabbert, dając im znak, żeby weszli - pole- ga na tym, że na początku nie pomyśleliśmy, że tyle się tego może na- zbierać. A potem ludzie zaczęli prosić o możliwość poprawy, o wykazy ocen i odpisy świadectw, więc zdaliśmy sobie sprawę, że trzeba będzie to wszystko gdzieś przechowywać. Ale wtedy tyle się już nagromadziło tych papierzysk, że archiwizację zaczęliśmy od roku dziewięćdziesiąte- go drugiego - A wcześniej? - zaniepokoił się Vos. - Z tym jest pewien problem. - Mianowicie? - spytał Joubert i serce w nim zamarło. - Wcześniejsze lata nie są zarchiwizowane. Za mało rąk do pracy. To kosztuje. Poza tym rzadko dostajemy pytania od dawnych roczni- ków. - A gdzie są akta z osiemdziesiątego dziewiątego? - chciał wiedzieć Joubert. - W tym rzędzie. 309 - A dokładniej? - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. BART DE WIT POPROSIŁ PRZEZ RADIO O POMOC, tym razem tylko wy- dział morderstw i kradzieży, bo za wszelką cenę chciał uniknąć kontak- tu z brygadierem. Pozostali zakasali rękawy i zaczęli zdejmować karto- ny. Wymyślili naprędce system przeszukiwań, do którego wdrożyli przybyłe posiłki. Zdejmowali karton po kartonie, otwierali, podawali dalej, gdzie ko- lejny zespół wyjmował zawartość i kładł ją na podłogę. Joubert, Peter-
|
Wątki
|