kolei i, nie mówiąc ani słowa, skierowała się ku wyjściu...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Lecz pan Horodyski rozkrzyżował
25
ramiona na progu. I tak się obaj zakrzątali koło niej gorliwie, z tak zabawnie zatroskanymi
ruchami, że zagadali wraz i rozproszyli wszystkie jej myśli.
Parsknęła śmiechem.
Wobec tego zakrzątali się jeszcze gwarniej. Słyszała zaledwie piąte przez dziesiąte...
– Tyle pań prosiło (na uboczu oczywiście), a pan Szolc nie chce pokazać. W Aix – les –
Bains kupił ten breloczek, dokąd co roku jeździ.
– I obrazek znowuż jakiś! – wydęła wargi na nich obu. – Byle głupstwo niewymyślne słu-
ży za haczyk...
– Na ten najczulszy nerw w kobiecie: nerw ciekawości.
– Och, te niemądre kobiety!
– Takie oburzanie się na wszystkie powiększa tylko gorączkę ciekawości u każdej.
Tym razem spojrzała na nich z zabobonną już nieufnością. Wyciągnęła się znów szyja i
rozchyliły wargi niemądrze.
– Ot! – machnęła nagle oburącz.
I zakręciwszy się na pięcie, wybiegła z pokoju.
Nie śpieszyła się jednak do salonu – w nudne, jak jej się teraz wydało, gawędy kobiet mię-
dzy sobą. W sąsiednim pokoju zatrzymała się przed lustrem pod pretekstem poprawienia wło-
sów.
Ramiona wzniesione splotła dłońmi w tyle, na ciemieniu, i zamyśliła się nad sobą przed
zwierciadłem. Od kominka biła mną na pokój, a przesycona mglistym pomrokiem wnętrza
osiadła zaledwie nalotem czerwonym na tafli lustrzanej, nie wnikając w jej głąb ciemną.
Otrząsła się ze swych myśli i z wyrazem niechęci ku sobie jęła szybkimi ruchami upinać
włosy.
Na palenisku osunęło się kilka bierwion, dobywając z zarzewia płomienie ostatnie, tak
wartko trzepoczące się ognistymi skrzydły, tak żwawe w iskier warkoczach, niby w tańcu
rozwianych, że ta ich chyżość i swawola zadrwiły – wydało się Ninie – z jej smętku. I poty
szydziły z niej, aż nie ujęły wargom tego odęcia w zasępieniu. Zaśmiała się jak dziecko: wraz
ze łzawym podrywem – w piersi nie wiadomo skąd zabłąkanym, a myślom zgoła obcym.
Jakby z dalekich mroków zwierciadła wynurzona, skoczyła w lustrzane odbicie w przypo-
chlebnych ruchach postać długa, zaświeciła w odbiciu białą plamą gorsu i kolącym błyskiem
małych oczu.
– Ach, to znowuż pan? Boże, jak ja się przestraszyłam – mówiła zupełnie spokojnie. – Pan
chyba myszą wyskoczył z ciemnego kąta lub nietoperzem przypadł od świecy tam.
Nie odwracała się nawet ku niemu, obserwując tylko spod powiek jego odbicie lustrzane.
Ruchliwe i ostre jak świderki oczy łysego pana śmiały się jakby chytrym posiadaniem jakichś
sekretów, a na zajęczych jego wąsach dygotały przemilczenia ciekawe. I koło ust dziewczyny
na przekór pogardliwemu wejrzeniu błąkać się znów począł uśmiech, niby żuk natrętny,
przypadać do kątów warg i przemykać po policzkach ku oczom zawsze wpółprzymkniętym.
Jego stać było na razie tylko na nieokreślone pomruki aprobaty: w czerwonej poświacie
bijącej od komina złocił się śniady puch na szyi dziewczyny i prześwietlały zwiewne kosmyki
włosów pod uszami.
– Niech no pan spojrzy! – krzyknęła nagle. – Tam w głębi lustra coś się rusza. Jeszcze na-
prawdę nietoperz... Cha! cha! – zaśmiała się mimo drgawki niespokojnej w gardle. – Lub mo-
że drugi, taki sam.
– Przeciąg – mruknął – i płomyk świecy drga w odbiciu – tłumaczył spojrzawszy niechęt-
nym zezem na to jej zatrzepotanie się dziwne.
– Cha! cha! cha! – chichotała, zła równocześnie na siebie, że tego śmiechu opanować nie
potrafi.
Przez uchylone drzwi wsunął ciekawą głowę pan Szolc, a ujrzawszy ich oboje, wywinął
się elastycznie na środek pokoju.
26
„Już pan tu jest?” – witał Horodyskiego chytrym przymrużeniem oczu.
Obaj ci panowie wydali jej się w tej chwili tak ogromnie, tak niewypowiedzianie zabawni,
że... Cha – cha – cha! i cha – cha – cha! – zataczała się od śmiechu.
– Ale – doskoczył pan Horodyski do pana Szolca i pochyliwszy się w pałąk, ściskał jego
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.