Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Lecz pan Horodyski rozkrzyżował
25 ramiona na progu. I tak się obaj zakrzątali koło niej gorliwie, z tak zabawnie zatroskanymi ruchami, że zagadali wraz i rozproszyli wszystkie jej myśli. Parsknęła śmiechem. Wobec tego zakrzątali się jeszcze gwarniej. Słyszała zaledwie piąte przez dziesiąte... – Tyle pań prosiło (na uboczu oczywiście), a pan Szolc nie chce pokazać. W Aix – les – Bains kupił ten breloczek, dokąd co roku jeździ. – I obrazek znowuż jakiś! – wydęła wargi na nich obu. – Byle głupstwo niewymyślne słu- ży za haczyk... – Na ten najczulszy nerw w kobiecie: nerw ciekawości. – Och, te niemądre kobiety! – Takie oburzanie się na wszystkie powiększa tylko gorączkę ciekawości u każdej. Tym razem spojrzała na nich z zabobonną już nieufnością. Wyciągnęła się znów szyja i rozchyliły wargi niemądrze. – Ot! – machnęła nagle oburącz. I zakręciwszy się na pięcie, wybiegła z pokoju. Nie śpieszyła się jednak do salonu – w nudne, jak jej się teraz wydało, gawędy kobiet mię- dzy sobą. W sąsiednim pokoju zatrzymała się przed lustrem pod pretekstem poprawienia wło- sów. Ramiona wzniesione splotła dłońmi w tyle, na ciemieniu, i zamyśliła się nad sobą przed zwierciadłem. Od kominka biła mną na pokój, a przesycona mglistym pomrokiem wnętrza osiadła zaledwie nalotem czerwonym na tafli lustrzanej, nie wnikając w jej głąb ciemną. Otrząsła się ze swych myśli i z wyrazem niechęci ku sobie jęła szybkimi ruchami upinać włosy. Na palenisku osunęło się kilka bierwion, dobywając z zarzewia płomienie ostatnie, tak wartko trzepoczące się ognistymi skrzydły, tak żwawe w iskier warkoczach, niby w tańcu rozwianych, że ta ich chyżość i swawola zadrwiły – wydało się Ninie – z jej smętku. I poty szydziły z niej, aż nie ujęły wargom tego odęcia w zasępieniu. Zaśmiała się jak dziecko: wraz ze łzawym podrywem – w piersi nie wiadomo skąd zabłąkanym, a myślom zgoła obcym. Jakby z dalekich mroków zwierciadła wynurzona, skoczyła w lustrzane odbicie w przypo- chlebnych ruchach postać długa, zaświeciła w odbiciu białą plamą gorsu i kolącym błyskiem małych oczu. – Ach, to znowuż pan? Boże, jak ja się przestraszyłam – mówiła zupełnie spokojnie. – Pan chyba myszą wyskoczył z ciemnego kąta lub nietoperzem przypadł od świecy tam. Nie odwracała się nawet ku niemu, obserwując tylko spod powiek jego odbicie lustrzane. Ruchliwe i ostre jak świderki oczy łysego pana śmiały się jakby chytrym posiadaniem jakichś sekretów, a na zajęczych jego wąsach dygotały przemilczenia ciekawe. I koło ust dziewczyny na przekór pogardliwemu wejrzeniu błąkać się znów począł uśmiech, niby żuk natrętny, przypadać do kątów warg i przemykać po policzkach ku oczom zawsze wpółprzymkniętym. Jego stać było na razie tylko na nieokreślone pomruki aprobaty: w czerwonej poświacie bijącej od komina złocił się śniady puch na szyi dziewczyny i prześwietlały zwiewne kosmyki włosów pod uszami. – Niech no pan spojrzy! – krzyknęła nagle. – Tam w głębi lustra coś się rusza. Jeszcze na- prawdę nietoperz... Cha! cha! – zaśmiała się mimo drgawki niespokojnej w gardle. – Lub mo- że drugi, taki sam. – Przeciąg – mruknął – i płomyk świecy drga w odbiciu – tłumaczył spojrzawszy niechęt- nym zezem na to jej zatrzepotanie się dziwne. – Cha! cha! cha! – chichotała, zła równocześnie na siebie, że tego śmiechu opanować nie potrafi. Przez uchylone drzwi wsunął ciekawą głowę pan Szolc, a ujrzawszy ich oboje, wywinął się elastycznie na środek pokoju. 26 „Już pan tu jest?” – witał Horodyskiego chytrym przymrużeniem oczu. Obaj ci panowie wydali jej się w tej chwili tak ogromnie, tak niewypowiedzianie zabawni, że... Cha – cha – cha! i cha – cha – cha! – zataczała się od śmiechu. – Ale – doskoczył pan Horodyski do pana Szolca i pochyliwszy się w pałąk, ściskał jego
|
Wątki
|