- Pozwólcie mi dojść do słowa - rzekł Sparhawk ze skwaszoną miną...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Sephrenio, wyobrażam to sobie tak: Mamy przed sobą miasto prawdopodobnie wyludnione, ale z pewnością patrolowane przez członków doborowej straży Othy. Możliwe, że udałoby się nam ich uniknąć, ale lepiej zbytnio na to nie liczyć. Chciałbym wiedzieć trochę więcej o tym mieście.
- I o tej doborowej straży Othy - dodał Tynian.
- Głowę dam, że to dobrze wyszkoleni żołnierze - odezwał się Bevier.
- Ale czy mogą się mierzyć z Rycerzami Kościoła? - zapytał Tynian.
- Nie, ale któż może? - odparł Bevier bez śladu skromności. - Mogliby się najwyżej równać z żołnierzami z armii króla Warguna.
- Byłaś już tu kiedyś, mateczko. - Sparhawk zwrócił się do czarodziejki. - Jak trafić do pałacu i świątyni?
- To właściwie jedna budowla - odpowiedziała Sephrenia. - Stoi dokładnie w samym środku miasta.
- A zatem nie ma znaczenia, którą wjedziemy bramą? Czarodziejka kiwnęła głową.
- Pałac i świątynia znajdują się pod jednym dachem? - zdziwił się Kurik.
- Zemosi to dziwni ludzie - westchnęła Sephrenia. - Tak właściwie to są dwie budowle, ale trzeba przejść przez pałac, aby dotrzeć do świątyni, bo do niej nie ma osobnego wejścia z zewnątrz.
- A zatem pozostaje nam pojechać do pałacu i zapukać do drzwi - zdecydował Kalten.
- Nie - sprzeciwił się Kurik stanowczo. - Pójdziemy do pałacu, a o pukaniu porozmawiamy, gdy dotrzemy na miejsce.
- Pójdziemy?! - prychnął Kalten.
- Konie czynią zbyt wiele hałasu na brukowanych ulicach i trochę trudno je ukryć, gdy trzeba komuś zejść z oczu.
- Chodzenie w pełnej zbroi nie jest zbyt zabawne, Kuriku.
- Chciałeś być rycerzem. O ile dobrze pamiętam, to nawet zgłosiłeś się ze Sparhawkiem na ochotnika.
- Mateczko, wyśpiewaj zaklęcie na niewidzialność - poprosił Kalten. - Sparhawk opowiadał, że Flecik wygrywała je na fujarce... Dlaczego nie? - zapytał widząc odmowny gest Sephrenii.
Czarodziejka zanuciła kilkanaście nut.
- Czy rozpoznajesz tę melodię, Kaltenie? Rycerz zmarszczył w zamyśleniu brwi.
- Nie bardzo.
- To był hymn pandionitów. Jestem pewna, że go znasz. Czy odpowiedziałam już na twoje pytanie?
- Widzę, że muzykalność nie jest twoją mocną stroną.
- A co by się stało, mateczko, gdybyś spróbowała i trafiła w złe nuty? - zapytał Talen.
Sephrenia wzdrygnęła się z lękiem.
- Nie pytaj o to, proszę.
- A zatem będziemy się skradać - powiedział Kalten. - Bierzmy się więc za to skradanie.
- Zaczniemy, gdy tylko się ściemni - rzekł Sparhawk.
Od posępnych murów Zemochu dzieliło ich pół ligi piaszczystej równiny. Zbrojni mężowie byli zlani potem, nim dotarli do zachodniej bramy.
- Duszno - powiedział cicho Kalten, ocierając spoconą twarz. - Czy w Zemochu nic nie jest normalne? O tej porze roku nie powinno być tak parno.
- Z całą pewnością zbliża się niezwykła pogoda - przyznał Kurik. Jakby na potwierdzenie jego słów rozległ się odległy huk grzmotów i blade migotanie błyskawic rozświetliło zwały chmur na wschodnim horyzoncie.
- Może poprosimy Othę o schronienie przed burzą? - zaproponował Tynian. - Czy Zemosi są ludem gościnnym?
- W tym względzie nie można na nich liczyć - odparła Sephrenia.
- W mieście zachowujcie się możliwie jak najciszej - ostrzegł Sparhawk.
Czarodziejka zadarła głowę i spojrzała na wschód. Jej blada twarz była ledwie widoczna w ciemnościach.
- Poczekajmy jeszcze - poradziła. - Burza zmierza w naszym kierunku. W huku grzmotów nikt nie dosłyszy szczęknięcia zbroi.
Czekali oparci o bazaltowe mury miasta, a trzaski i rozdzierające ryki grzmotów nieubłaganie zmierzały w ich kierunku.
- To powinno zagłuszyć każdy uczyniony przez nas hałas - rzekł Sparhawk wreszcie. - Wejdźmy do miasta, nim zacznie padać.
Brama, zrobiona z surowych kanciastych bali zespolonych żelazem, była lekko uchylona. Sparhawk i jego towarzysze wyciągnęli broń i kolejno prześliznęli się przez wrota.
W mieście unosiła się dziwna woń, która z niczym się im nie kojarzyła. Nie był to ani miły, ani wstrętny zapach. Był wyraźnie obcy. Oczywiście ulic nie oświetlały pochodnie. W oślepiających błyskach, które co pewien czas rozjaśniały zwały purpurowych chmur napływających ze wschodu, wędrowcy widzieli wyłaniające się z mroku ciasne uliczki o bruku wygładzonym przez szurające po nich od stuleci stopy. Domy były wąskie i wysokie, miały niewielkie okna, w większości zabite deskami. Burze piaskowe nieustannie nawiedzające miasto oszlifowały chropowate niegdyś kamienne ściany. Czarny piaszczysty pył zebrany w załomach murów i wzdłuż progów sprawił, że stolica Zemochu, wyludniona nie dłużej niż kilka miesięcy, wyglądała na porzucone przed tysiącami lat ruiny.
Talen podkradł się do Sparhawka i zapukał w jego zbroję.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.