Greg wykrzywił się...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

– Poprzednim razem podstępnie mnie uderzyłeś!
– Mam powtórzyć?
– Przepraszam – wtrąciła Karen Singh. – Panowie mówicie serio?
Greg nadal groźnie patrzył na Myrona.
– Przestań, bo zaraz się zmoczę – rzekł Myron.
– Sukinsynu!
– Ty też nie licz, że wyślę ci kartkę na Boże Narodzenie, Gregu Downie.
Gregu Downie? To ci dojrzała odpowiedź!
– Wiesz, co bym ci zrobił, Bolitar?
Greg Downing przysunął się do Myrona.
– Dał buzi? Kupił kwiaty?
– Chyba że na grób.
– Brawo, Greg. – Myron skinął głową. – Aleś mi dosolił.
– To wprawdzie oddział dziecięcy, ale nie zachowujcie się, panowie, jak dzieci – wtrąciła Karen Singh.
Greg cofnął się o krok, nie spuszczając Myrona z oczu.
– Emily! – wyrzucił z siebie. – Zadzwoniła do ciebie, tak?
– Nie mam ci nic do powiedzenia, Greg.
– Poprosiła cię, żebyś znalazł dawcę. Tak jak kiedyś mnie.
– Zawsze byłeś bystry.
– Dziś zwołuję konferencję prasową. Zwrócę się z bezpośrednim apelem do dawcy. Zaproponuję nagrodę.
– To dobrze.
– Dlatego nie jesteś nam potrzebny, Bolitar.
Myron spojrzał na niego i na moment znów znaleźli się na boisku, z twarzami ociekającymi potem. Publiczność wiwatowała, zegar odmierzał czas, piłka odbijała się od parkietu. Nirwana. Przepadło. Stracił to przez Grega. I Emily. Ale głównie, co tu się czarować, przez własną głupotę.
– Muszę iść – powiedział.
Greg cofnął się o krok. Myron wyminął go i nacisnął guzik przy windzie.
– Hej, Bolitar.
Myron odwrócił się.
– Przyjechałem porozmawiać z panią doktor o moim synu, a nie odgrzewać przeszłość.
Myron nie odpowiedział. Obrócił się do windy.
– Ocalisz mojego syna?
Myronowi zaschło w ustach.
– Nie wiem – odparł.
Winda zadzwoniła i otworzyła się. Nie pożegnali się, nie skinęli sobie głowami, nie zrobili nic. Myron wsiadł, drzwi się zamknęły. Po zjechaniu na parter poszedł do laboratorium. Podwinął rękaw. Pielęgniarka pobrała mu krew i rozwiązała krępulec.
– O wynikach dowie się pan od lekarza – powiedziała.
8
Win się nudził, więc pojechał z Myronem na lotnisko po Terese. Pedał gazu wciskał z taką pasją, jakby był na niego zły. Jaguar śmigał. Myron, jak zwykle podczas jazdy w Winem, wolał nie patrzeć przed siebie.
– Zdaje się, że najlepiej będzie znaleźć na względnym odludziu, północy lub zachodzie Jersey, filię kliniki szpiku kostnego i włamać się tam w nocy z fachowcem od komputerów.
– To na nic – odparł Myron.
– Por que?
– Centrala w Waszyngtonie wyłącza sieć o szóstej po południu. Nawet gdybyśmy się włamali, nie uruchomilibyśmy głównego komputera.
– Hm!
– Nie martw się. Mam plan.
– Kiedy tak mówisz, twardnieją mi sutki – rzekł Win.
– Myślałem, że podnieca cię tylko to, co rzeczywiste.
– Twój plan nie jest rzeczywisty?
Zostawili samochód na krótkoterminowym parkingu na lotnisku Kennedy’ego i dziesięć minut przed czasem znaleźli się przy terminalu przylotowym linii Continental.
– Stanę w kącie – oznajmił Win, gdy pojawili się pierwsi pasażerowie.
– Dlaczego?
– Żeby nie rzucić cienia na wasze powitanie. Zresztą będę miał stamtąd lepszy widok na kuperek pani Collins.
Cały Win.
Dwie minuty później Terese Collins zeszła – by użyć fachowego języka przewoźników – z pokładu, wystrojona „niedbale” w białą bluzkę i zielone spodnie. Kasztanowe włosy miała związane w koński ogon. Ludzie trącali się łokciami, szeptali i dyskretnie pokazywali ją sobie, obrzucając ukradkowymi spojrzeniami, które mówią: „Poznaję cię, ale nie myślę się łasić”.
Terese podeszła do Myrona i obdarzyła go uśmiechem, z repertuaru „A teraz przerwa na reklamy”. Nieznacznym, krótkim i przyjacielskim, lecz zarazem przypominającym telewidzom, że w swoim programie mówi o wojnach, epidemiach i tragediach, dlatego szeroki, zadowolony uśmiech byłby nie na miejscu. Uściskali się odrobinę za mocno i Myron znów poczuł przypływ znajomego smutku. Powtarzało się to za każdym razem, kiedy to robili – miał wrażenie, że coś się w nim od nowa kruszy. To samo wyczuwał u niej.
Podszedł Win.
– Witaj, Win – powiedziała.
– Witaj, Terese.
– Znów przyglądasz się mojej pupie.
– Owszem. Lecz wolę słowo „kuperek”.
– Nadal świetny?
– Pierwsza klasa.
– Ahm! – chrząknął Myron. – Zaczekajcie na klasyfikatora drobiu.
Win i Terese wymienili spojrzenia i wywrócili oczami.
Myron pomylił się. Emily nie była ulubienicą Wina. Była nią Terese, choć wyłącznie dlatego, że mieszkała bardzo daleko.
– Jesteś żałosnym, głodnym uczuć typem, który czuje się niespełniony bez stałej dziewczyny – rzekł mu kiedyś Win. – Najlepsza jest niezależna kobieta, która mieszka tysiąc mil od ciebie.
Zaczekali na bagaż, a Win poszedł po jaguara. Terese patrzyła, jak odchodzi.
– Ma tyłek lepszy od mojego? – spytał Myron.
– Nikt nie ma tyłka lepszego niż twój – odparła.
– Wiem. Tylko cię sprawdzałem.
– Ciekawy gość – powiedziała, wciąż patrząc na Wina.
– No pewnie.
– Na zewnątrz chłodny i zdystansowany. Ale w środku, w głębi duszy, zdystansowany i chłodny.
– Znasz się na ludziach, Terese.
Win podwiózł ich do Dakoty i wrócił do biura. Gdy znaleźli się w apartamencie, Terese mocno pocałowała Myrona. Zawsze jej się śpieszyło. Pożądała miłości. Było to miłe, oczywiście. A nawet wspaniałe. Ale spowite smutkiem. Smutkiem, który nie pierzchał nawet wtedy, kiedy się kochali, i tylko na jakiś czas unosił się i zawisał nad nimi jak powłoka z chmur.
Kilka miesięcy temu wzięli udział w imprezie charytatywnej, zaproszeni tam w najlepszej intencji przez znajomych. Przyciągnęły ich do siebie nieszczęścia, jakby byli jasnowidzami, którzy dostrzegli nawzajem swoje aury, niewidoczne dla innych. Poznali się i tego samego wieczoru pod wpływem impulsu uciekli na Karaiby. Z zasady przewidywalny Myron uznał ten spontaniczny krok za właściwy. Na małej ustronnej wysepce spędzili trzy otępiająco błogie tygodnie, starając się zabić cierpienie. Kiedy wreszcie zmuszono go do powrotu, myśleli, że to koniec romansu. Pomylili się. W każdym razie na to wyglądało.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.