Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ralf uniósÅ‚ gÅ‚owÄ™. — To byÅ‚o do kitu. Roger plunÄ…Å‚ celnie w spopielony żar. Dlaczego? — Nie byÅ‚o wcale dymu. Sam pÅ‚omieÅ„. Prosiaczek usadowiÅ‚ siÄ™ w zaÅ‚omie skaÅ‚ i poÅ‚ożyÅ‚ sobie konchÄ™ na kolanach. 28 To ognisko — rzekÅ‚ — byÅ‚o do niczego. Nie potrafilibyÅ›my utrzymać takiego ognia, choćbyÅ›my siÄ™ nie wiem jak stara — TyÅ› siÄ™ najwiÄ™cej staraÅ‚ — powiedziaÅ‚ Jack pogardliwie. — Tylko siedzia- Å‚eÅ›. — DaÅ‚ nam swoje okulary — broniÅ‚ go Simon rozmazujÄ…c ramieniem sadzÄ™ na policzku. — WiÄ™c nam pomógÅ‚. — Ja mam konchÄ™ — oburzyÅ‚ siÄ™ Prosiaczek. — Dajcie mi mówić! — Koncha nic nie znaczy tu na górze — powiedziaÅ‚ Jack — wiÄ™c możesz siÄ™ zamknąć. — Trzymam w rÄ™ku konchÄ™. — Połóżcie parÄ™ zielonych gaÅ‚Ä™zi — doradziÅ‚ Maurice. — To najlepszy spo- sób, żeby zrobić dym. — Mam w rÄ™ku. . . Jack odwróciÅ‚ siÄ™ gwaÅ‚townie. — Zamknij siÄ™! Prosiaczek umilkÅ‚. Ralf zabraÅ‚ mu konchÄ™ i spojrzaÅ‚ na krÄ…g chÅ‚opców. — Musimy wyznaczyć specjalnÄ… grupÄ™ do pilnowania ognia. Każdej chwili może pokazać siÄ™ okrÄ™t — machnÄ…Å‚ rÄ™kÄ… ku rozciÄ…gniÄ™tej linii horyzontu — i jeÅ›li bÄ™dziemy dawali sygnaÅ‚y, przypÅ‚ynie i zabierze nas. I jeszcze jedna rzecz. PowinniÅ›my ustanowić wiÄ™cej praw. Tam, gdzie jest koncha, tam jest zgromadzenie. Tak samo tu, jak na dole. Wyrazili zgodÄ™. Prosiaczek otworzyÅ‚ usta, żeby coÅ› powiedzieć, ale pochwyciÅ‚ wzrok Jacka i zamknÄ…Å‚ je z powrotem. Jack wyciÄ…gnÄ…Å‚ rÄ™ce po konchÄ™ i wstaÅ‚, ostrożnie trzymajÄ…c delikatny przedmiot w czarnych od sadzy dÅ‚oniach. — Zgadzam siÄ™ z Ralfem. Musimy ustanowić prawa i szanować je. Ostatecz- nie nie jesteÅ›my przecież dzikusami. JesteÅ›my Anglikami, a Anglicy we wszystkim sÄ… najlepsi. Musimy wiÄ™c robić to, co trzeba. ZwróciÅ‚ siÄ™ do Ralfa. — Ralf, podzielÄ™ chór — to znaczy moich myÅ›liwych — na grupy i zajmiemy siÄ™ podtrzymywaniem ognia. . . Ta wielkoduszność wznieciÅ‚a burzÄ™ oklasków, a Jack uÅ›miechnÄ…Å‚ siÄ™ do chÅ‚op- ców i pomachaÅ‚ konchÄ…, by siÄ™ uciszyli. — Teraz nie bÄ™dziemy już podsycać ognia. Bo kto w nocy zauważy dym? A możemy przecież rozpalić na nowo ognisko, kiedy zechcemy. Alty, bÄ™dziecie pilnowali ognia w tym tygodniu, a soprany w przyszÅ‚ym. . . Zgromadzenie z powagÄ… wyraziÅ‚o zgodÄ™. — BÄ™dziemy także trzymać straż. Gdy zobaczymy okrÄ™t — wszyscy zwrócili oczy w stronÄ™, którÄ… wskazywaÅ‚o koÅ›ciste ramiÄ™ — doÅ‚ożymy zielonych gaÅ‚Ä™zi. Wtedy bÄ™dzie wiÄ™cej dymu. Wpatrywali siÄ™ pilnie w niebieski horyzont, jakby każdej chwili mogÅ‚a poja- wić siÄ™ na nim malutka sylwetka. 29 SÅ‚oÅ„ce na zachodzie byÅ‚o jak kropla pÅ‚onÄ…cego zÅ‚ota, osuwajÄ…ca siÄ™ wciąż bliżej i bliżej parapetu Å›wiata. Zaraz też zdali sobie sprawÄ™, że wieczór oznacza kres Å›wiatÅ‚a i ciepÅ‚a. Roger wziÄ…Å‚ konchÄ™ i spojrzaÅ‚ po chÅ‚opcach z ponurÄ… minÄ…. — ObserwowaÅ‚em morze. OkrÄ™tu ani Å›ladu. Może nigdy nas nie uratujÄ…. . . PodniósÅ‚ siÄ™ szmer i zaraz ucichÅ‚. Ralf odebraÅ‚ konchÄ™ Rogerowi. — MówiÅ‚em już, że przyjadÄ… po nas. Musimy po prostu poczekać. To wszyst- ko. Odważnie, z oburzeniem, Prosiaczek chwyciÅ‚ konchÄ™. — WÅ‚aÅ›nie to mówiÅ‚em! O naszych zebraniach i o tym wszystkim, a wtedy powiedzieliÅ›cie, żebym siÄ™ zamknÄ…Å‚. . . GÅ‚os jego wpadÅ‚ w pÅ‚aczliwy ton wyrzutu. ChÅ‚opcy poruszyli siÄ™, zaczÄ™li go przekrzykiwać. — MówiliÅ›cie, że chcecie rozpalić ognisko, i poszliÅ›cie, i uÅ‚ożyliÅ›cie stos jak stóg siana. Jak ja coÅ› mówiÄ™ — krzyczaÅ‚ Prosiaczek z goryczÄ… w gÅ‚osie — każecie mi siÄ™ zamknąć, ale jeżeli Jack albo Maurice, albo Simon. . . PrzerwaÅ‚ wÅ›ród ogólnej wrzawy i staÅ‚ utkwiwszy spojrzenie poza nimi w nie- przyjazne zbocze góry, gdzie rósÅ‚ las, w którym znaleźli suche drzewo. Potem rozeÅ›miaÅ‚ siÄ™ tak jakoÅ› dziwnie, te uciszyli siÄ™ patrzÄ…c ze zdumieniem na bÅ‚yszczÄ…ce okulary.
|
WÄ…tki
|