Chłopcy leżeli zziajani jak psy...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

Ralf uniósł głowę.
— To byÅ‚o do kitu.
Roger plunął celnie w spopielony żar. Dlaczego?
— Nie byÅ‚o wcale dymu. Sam pÅ‚omieÅ„.
Prosiaczek usadowił się w załomie skał i położył sobie konchę na kolanach.
28
To ognisko — rzekÅ‚ — byÅ‚o do niczego. Nie potrafilibyÅ›my utrzymać takiego ognia, choćbyÅ›my siÄ™ nie wiem jak stara
— TyÅ› siÄ™ najwiÄ™cej staraÅ‚ — powiedziaÅ‚ Jack pogardliwie. — Tylko siedzia-
Å‚eÅ›.
— DaÅ‚ nam swoje okulary — broniÅ‚ go Simon rozmazujÄ…c ramieniem sadzÄ™
na policzku. — WiÄ™c nam pomógÅ‚.
— Ja mam konchÄ™ — oburzyÅ‚ siÄ™ Prosiaczek. — Dajcie mi mówić!
— Koncha nic nie znaczy tu na górze — powiedziaÅ‚ Jack — wiÄ™c możesz siÄ™
zamknąć.
— Trzymam w rÄ™ku konchÄ™.
— Połóżcie parÄ™ zielonych gaÅ‚Ä™zi — doradziÅ‚ Maurice. — To najlepszy spo-
sób, żeby zrobić dym.
— Mam w rÄ™ku. . .
Jack odwrócił się gwałtownie.
— Zamknij siÄ™!
Prosiaczek umilkł. Ralf zabrał mu konchę i spojrzał na krąg chłopców.
— Musimy wyznaczyć specjalnÄ… grupÄ™ do pilnowania ognia. Każdej chwili
może pokazać siÄ™ okrÄ™t — machnÄ…Å‚ rÄ™kÄ… ku rozciÄ…gniÄ™tej linii horyzontu — i jeÅ›li bÄ™dziemy dawali sygnaÅ‚y, przypÅ‚ynie i zabierze nas. I jeszcze jedna rzecz. PowinniÅ›my ustanowić wiÄ™cej praw. Tam, gdzie jest koncha, tam jest zgromadzenie. Tak samo tu, jak na dole.
Wyrazili zgodę. Prosiaczek otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale pochwycił
wzrok Jacka i zamknął je z powrotem. Jack wyciągnął ręce po konchę i wstał, ostrożnie trzymając delikatny przedmiot w czarnych od sadzy dłoniach.
— Zgadzam siÄ™ z Ralfem. Musimy ustanowić prawa i szanować je. Ostatecz-
nie nie jesteśmy przecież dzikusami. Jesteśmy Anglikami, a Anglicy we wszystkim są najlepsi. Musimy więc robić to, co trzeba.
Zwrócił się do Ralfa.
— Ralf, podzielÄ™ chór — to znaczy moich myÅ›liwych — na grupy i zajmiemy
siÄ™ podtrzymywaniem ognia. . .
Ta wielkoduszność wznieciła burzę oklasków, a Jack uśmiechnął się do chłop-
ców i pomachał konchą, by się uciszyli.
— Teraz nie bÄ™dziemy już podsycać ognia. Bo kto w nocy zauważy dym?
A możemy przecież rozpalić na nowo ognisko, kiedy zechcemy. Alty, będziecie pilnowali ognia w tym tygodniu, a soprany w przyszłym. . .
Zgromadzenie z powagą wyraziło zgodę.
— BÄ™dziemy także trzymać straż. Gdy zobaczymy okrÄ™t — wszyscy zwrócili
oczy w stronÄ™, którÄ… wskazywaÅ‚o koÅ›ciste ramiÄ™ — doÅ‚ożymy zielonych gaÅ‚Ä™zi.
Wtedy będzie więcej dymu.
Wpatrywali się pilnie w niebieski horyzont, jakby każdej chwili mogła poja-
wić się na nim malutka sylwetka.
29
Słońce na zachodzie było jak kropla płonącego złota, osuwająca się wciąż bliżej i bliżej parapetu świata. Zaraz też zdali sobie sprawę, że wieczór oznacza kres światła i ciepła.
Roger wziął konchę i spojrzał po chłopcach z ponurą miną.
— ObserwowaÅ‚em morze. OkrÄ™tu ani Å›ladu. Może nigdy nas nie uratujÄ…. . .
Podniósł się szmer i zaraz ucichł. Ralf odebrał konchę Rogerowi.
— MówiÅ‚em już, że przyjadÄ… po nas. Musimy po prostu poczekać. To wszyst-
ko.
Odważnie, z oburzeniem, Prosiaczek chwycił konchę.
— WÅ‚aÅ›nie to mówiÅ‚em! O naszych zebraniach i o tym wszystkim, a wtedy
powiedzieliście, żebym się zamknął. . .
Głos jego wpadł w płaczliwy ton wyrzutu. Chłopcy poruszyli się, zaczęli go
przekrzykiwać.
— MówiliÅ›cie, że chcecie rozpalić ognisko, i poszliÅ›cie, i uÅ‚ożyliÅ›cie stos jak stóg siana. Jak ja coÅ› mówiÄ™ — krzyczaÅ‚ Prosiaczek z goryczÄ… w gÅ‚osie — każecie mi siÄ™ zamknąć, ale jeżeli Jack albo Maurice, albo Simon. . .
Przerwał wśród ogólnej wrzawy i stał utkwiwszy spojrzenie poza nimi w nie-
przyjazne zbocze góry, gdzie rósł las, w którym znaleźli suche drzewo. Potem roześmiał się tak jakoś dziwnie, te uciszyli się patrząc ze zdumieniem na błyszczące okulary.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….