Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
NASK IFP UG Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG 29 – Łajdak!... podpalacz!... zepsuł mi klucz od spichrza! – odparł ojciec, a potem prędko dodał: – Upadnij do nóg pani hrabinie, ty łotrze!... I lekko popchnął mnie naprzód. – Macie mnie zabić, to zabijcie, ale ja tam nikomu nie będę padał do nóg! – odpowiedziałem nie spuszczając oka z pani, która zrobiła na mnie dziwne wrażenie. – Chy!... Jezu... – jęknęła zgorszona Salusia składając ręce. – Uspokój się, mój chłopczyku, bo tu nikt nie zrobi ci krzywdy – rzekła pani. – Aha! nikt... Niby ja nie wiem, że mi strzelicie w łeb... Przecie mi to obiecał organista! – odparłem. – Chy!... Jezu... – zawołała po raz drugi klucznica. – Hańbi moją starość! – odezwał się ojciec. – Trzy skóry bym z te- go gałgana zdarł i posolił, żeby go pod swoją obronę nie wzięła pani hrabina. W rogu tarasu stojący kucharz zasłonił usta ręką i śmiał się, aż zsiniał. Nie mogłem wytrzymać i – pokazałem mu język. Służba zaszemrała ze zdziwienia, a ojciec, chwytając mnie za ra- mię, krzyknął: – A ty znowu co?... Wobec pani hrabiny pokazujesz język?... – Ja pokazałem język kucharzowi, bo on myślał, ze mnie tak za- strzeli jak starego bułanka ... Pani hrabina zrobiła się leszcze smutniejsza. Odgarnęła mi włosy z czoła, spojrzała głęboko w oczy i rzekła do ojca: – Kto wie, panie Leśniewski, co jeszcze będzie z tego dziecka?... – Szubienicznik! – krótko odpowiedział stroskany ojciec. – Nie wiadomo – odparła pani gładząc mi najeżone włosy. –Trzeba by go do szkół oddać, bo tu zdziczeje. A potem, odchodząc do salonu, rzekła półgłosem: – Jest materiał na człowieka, panie Leśniewski. Trzeba go tylko uczyć. – Stanie się według woli pani hrabiny! – odpowiedział ojciec dając mi pięścią w kark. Z tarasu odeszli wszyscy, ale ja zostałem, nieruchomy jak kamień, zapatrzony we drzwi, w których znikła nasza dziedziczka Teraz dopie-ro pomyślałem z żalem dlaczegom nie upadł jej do nóg? – i uczułem jakieś dławienie w piersiach. Gdyby kazała, chętnie położyłbym się na zgliszczach obórki i tak dałbym się powoli upiec na niej. Nie za to, że NASK IFP UG 30 Ze zbiorów „Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej” Instytutu Filologii Polskiej UG mnie nie kazała zastrzelić kucharzowi ani zbić, ale za to, ze miała taki słodki glos i takie smutne spojrzenie. Od tego dnia byłem już mniej swobodny. Pani hrabina nie życzyła sobie tracić w ogniu reszty zabudowań, ojcu było przykro, że nie mógł uregulować ze mną rachunku za spaloną oborę, a ja sam musiałem przygotowywać się do szkół. Uczyli mnie organista i gorzelany na przemian. Mówiono nawet, że jakichś przedmiotów będzie mi wykła- dała guwernantka z pałacu. Ale gdy dama ta, przy zapoznaniu się ze mną, zobaczyła, że mam pełne kieszenie nożów, kamieni, śrutu i kapi-szonów, zlękła się tak, że już nie chciała widzieć mnie po raz drugi. – Ja takim bandytom nie daję lekcyj – powiedziała do mojej siostry. Ja jednak w tych czasach już bardzo spoważniałem. Tylko raz chciałem się, na próbę, powiesić. Ale później wypadło mi jakieś inne zajęcie, więc nie zrobiłem sobie mc złego. Nareszcie w początkach sierpnia odwieziono mnie do szkół. Egzamin zdałem wcale dobrze dzięki polecającym listom pani hra- biny, po czym ojciec umieścił mnie na stancji z korepetycją, rodzicielską opieką i wszelkimi wygodami za dwieście złotych i pięć korcy or-dynarii na rok i – sprawił mi szkolny uniform. Nowy strój tak mnie zajął, że nie mogąc nacieszyć się nim w ciągu dnia, wstałem cichutko w nocy, ubrałem się po ciemku w surdut z czerwonym kołnierzem, włożyłem na głowę czapkę z czerwonym lam- pasem i miałem zamiar posiedzieć tak kilka minut. Ponieważ jednak
|
Wątki
|