Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Z jego oczu wyzierało niezłomne jakieś postanowienie, którego nie wyrażał słowami, natomiast zrzędził na wszystkich i na wszystko. Nasze rozmowy, nie przeciągając się nigdy dłużej ponad pięć minut, stały się dosyć częste, ponieważ zbiegałem ustawicznie do mojej kabiny po zapałki. Paliłem wtedy niewiele, lecz fajka gasła mi co chwila, byłem zaś tak roztargniony, iż zdarzało mi się raz po raz pocierać zapałkę i trzymać ją zapaloną dopóty, dopóki nie poparzyła mi palców. Zbiegałem wtedy w głąb statku, co stanowiło jedyną bodaj odmianę i przerywało, choć na chwilę, nużący wysiłek myśli. Burns śledził, oczywiście, przez otwarte drzwi każde moje poruszenie.
Z brodą opartą na chudych kolanach i przenikliwym wejrzeniem zielonkawych źrenic wyglądał dość niesamowicie, a że przy tym mania prześladowcza wcale go nie opuszczała, nic dziwnego więc, że nie czułem szczególniejszego pociągu do jego towarzystwa. Trzeba jednak było zamienić z nim parę słów od czasu do czasu. W jednej z takich rozmów zwierzył mi się z przygnębiającego wrażenia, jakie sprawia na nim cisza panująca na statku. „Godzinami całymi - mówił mi - nie słychać najmniejszego odgłosu, a to przecie człowieka skazanego na bezczynne leżenie może doprowadzić do rozpaczy!” - Ilekroć Ransome odejdzie do kambuza, mam wrażenie, że cała załoga wymarła - skarżył się posępnie. - Jedyny dźwięk ludzkiej mowy, jaki czasem słyszę, to pański głos, panie kapitanie, a to doprawdy za mało! Czyż żaden z marynarzy nie potrafi już zaśpiewać przy ciągnieniu lin? - Nie, panie Burns - odparłem. - Nikogo na tym statku nie stać na niepotrzebny wysiłek. Czy pan uwierzy, iż są dni, w których rozporządzam zaledwie trzema parami rąk do pracy? Chory zapytał znienacka głosem pełnym trwogi: - Nikt jeszcze nie umarł? - Jak dotąd, nie. - No, to dobrze. - I dodał z energią: - Nie powinniśmy żadną miarą do tego dopuścić. Gdyby mu się udało powalić jednego człowieka, byłoby już po wszystkich. Żachnąłem się niecierpliwie. Być może, iż skląłem go nawet za te słowa, które mogły człowieka w moim położeniu pozbawić resztki zimnej krwi. Dość miałem własnych przywidzeń, nasuwanych mi przez wyobraźnię w ciągu nie kończących się dni i nocy, spędzanych na suwaniu w obliczu wrogich sił. Nieraz prześladowała mnie wizja okrętu ze skazaną na śmierć załogą, wymierającą z wolna na wszystkich pokładach: widziałem go oczyma wyobraźni, jak, zdany na łaskę prądów i mdłych podmuchów powietrza, słania się wśród śmiertelnej ciszy. Takie wypadki zdarzały się przecież w dziejach żeglugi. Burns zbył mój wybuch gniewu tajemniczym milczeniem. - Panie poruczniku! - dodałem po chwili. - Pan sam nie wierzy w to, co pan mówi. Nie może pan wierzyć. To niepodobieństwo. Mam prawo wymagać od pana jako od oficera trzeźwię j szych poglądów. Moje położenie jest zbyt trudne, abym pozwalał zawracać sobie głowę podobnymi bredniami. Burns pozostał niewzruszony. Ponieważ twarz jego znajdowała się w półcieniu, nie mogłem stwierdzić, czy się na moje słowa uśmiechnął, czy nie. Rozpocząłem z innego tonu: - Niech mnie pan wysłucha uważnie. Położenie nasze stało się tak rozpaczliwe, że rozmyślam nad tym, czyby nie obrócić się na zachód, skoro ku południowi płynąć niepodobna? Kursuje tam pocztowy statek, który mógłby przynajmniej dostarczyć nam chininy. Jak pan sądzi? - Nie, nie, nie! - wykrzyknął Burns z najwyższym przerażeniem. - Niech pan, na litość boską, nie myśli nawet o tym! Temu staremu zbójowi musimy stawić czoło do ostatniej chwili. Gdyby poczuł swoją przewagę, no, to z nami koniec. Wyszedłem z kabiny. Człowiek ten stał się niemożliwy - było to już istne opętanie. Nie mogę wszakże zaprzeczyć, że miał zupełną słuszność sprzeciwiając się memu projektowi. Pomysł żeglowania w stronę zachodniego wybrzeża, oparty na dosyć problematycznej nadziei napotkania parowca pocztowego, nie wytrzymywał w gruncie rzeczy krytyki. Po wschodniej stronie Zatoki zrywały się - przynajmniej od czasu do czasu - podmuchy wiatru umożliwiając żeglugę. To wystarczyło dla podtrzymania w nas iskry nadziei. Cóż by się jednak stało, gdybym, wyzyskując te kapryśne powiewy, wysunął się na zachód i natrafił tam na zupełną ciszę trwającą dni i tygodnie? Widmo statku z wymarłą załogą mogłoby wtedy przemienić się w ponurą rzeczywistość, pokutującą długo w pamięci tych żeglarzy, którym odkrycie upiornego okrętu przypadłoby w udziale. Tego samego dnia po południu Ransome przyniósł mi jak zwykle filiżankę herbaty na pokład i, stojąc przy mnie z tacą w ręku, odezwał się tonem, w którym drgała nuta tak potrzebnego mi wówczas współczucia:
|
Wątki
|