Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Strawę dawano nieosobliwą.
Pewnego popołudnia Piotr spostrzegł przybity bretnalem w bramie domu na ścianie zewnętrznej jakiś przedmiot szczególny. Zainteresowany, poprosił o wyjaśnienie jed- nego ze swych młodocianych sąsiadów. Objaśniono go w języku rosyjskim, że przedmiot przybity jest to potrawa zwana „prażuchą”. Dodano, iż potrawa ta źle jest przyrządzona, nie smakuje nikomu, a zbyt często jest podawana, ażeby jej w taki spo- sób nie zademonstrować szerszemu kołu przechodniów i obywateli miasta. Tysiączne dowody mściwości młodzieniaszków uderzały Piotra na każdym kroku. Niektórzy z nich pochodzili widocznie z rodzin zamożniejszych, ze sfery ziemiań- skiej, więc stawiali się wychowawcy hardo, a ten traktował ich jak zbrodniarzy. Wy- wiązywały się awantury na całe podwórze, a nawet na całą połać przedmieścia. Piotr począł odróżniać jednych kozdrojowców od innych, jakoś związał się sympatią z jed- nymi, a antypatią z innymi, choć żadnego z nich nie znał osobiście. Patrzył niemal na wszystko, co wyprawiali, i bawił się wybornie, nie postrzeżony wcale, obserwując ich życie. Codziennie, nieraz w różnych godzinach, oprócz samego p. Kozdroja, zwie- dzali ten zakład specjalni rewidenci gimnazjalni, pomocnicy gospodarzy poszczegól- nych klas. Rewizje były bezskuteczne, gdyż dowody winy niweczyła ostrożność mło- dzieńców, znaki ostrzegawcze, tajemnicze świśnięcia, sygnały alarmujące i hieroglify kredą pisane na słupach. Własne swe życie Piotr urządził sobie w sposób wygodniejszy wprawdzie od ko- zdrojowskiego, czym się nadzwyczajnie cieszył i świadomie napawał – ale dosyć jed- nostajny. Rano szedł na musztrę, do czynności zawodowych w koszarach i przy bate- rii – później na obiad – później drzemał. Po drzemce wychodził na miasto, do cukier- 42 ni – spacerował... Żył w gronie kolegów, pędzących tu już od dłuższego czasu ustalo- ne w swych formach życie oficerskie. Co kilka dni wypadała u któregoś ze starszych kolegów zabawa, tak zwana popojka, czyli wielkie picie wódki w różnych jej posta- ciach – po czym śpiewy, różne zabawy – a wreszcie nieprzystojne z osobami innej płci obcowanie. Nazajutrz znowu następowała musztra, obiad, drzemka, spacer, wie- czór w domu albo u któregoś z kolegów popojka. Kiedy niekiedy przerywała ten normalny tryb życia jakaś wydatniejsza co do ilości i jakości alkoholu eskapada w restauracji, w liczniejszym gronie osób innej płci, zabawa z orkiestrionem, tłuczeniem próżnych butelek, których szeregi szczwany restaurator ustawiał na ekranie jako oka- zy likierów i win najdostojniejszych swego zakładu. Czasami znowu wypadała urzę- dowa wizyta, imieniny, dzień recepcji u kogoś z wielkich figur miasta. Do najpożą- dańszych należała zawsze wizyta u generała. Oficerowie kochali się skrycie w Tatia- nie Iwanownie całymi plutonami, lecz, dziwna rzecz, nie lubili o niej rozmawiać. Twierdzili, że patrzy zawsze w przestrzeń albo w okno. Piotr również nie lubił jej za dziwny sposób zachowania się, lecz tęsknił za dziwactwami Tatiany Iwanowny. Tłu- maczył sobie, że tęskni tak z nudy życia w tej monotonnej, cichej, gubernialnej mie- ścinie. Nic w tym grodzie nie było interesującego. Wiedziało się, że nazajutrz będzie najzupełniej to samo, co było dziś, co wczoraj, co w zeszłym tygodniu. Nade wszyst- ko nużyła nieznajomość i obcość tamecznego życia oraz nieznajomość miejscowego języka. Piotr szybko przyswajał sobie mowę polską, choć jej się wcale nie uczył. Studio- wanie specjalne tego języka uważałby za czynność po prostu nieprzyzwoitą, banalną, nie uchodzącą w dobrym i dobranym towarzystwie zwierzchników i kolegów. Lecz język ów wciskał się do świadomości i przylegał do pamięci wszystkimi szczelinami, porami, czepiał się myśli i osaczał ze wszystkich stron. Chcąc czy nie chcąc, z nudy życia wchłaniało go się jak zapach roślin, przyswajało sobie nie wiedząc o tym. Na- rzucała się ta mowa zewsząd – z szyldów, z rozmów przechodniów na ulicy, z okrzy- ków nocnych, biła z pracy jak opar potu, pełna groźnego, niepojętego uroku, dumy i wzniosłości, wypływała odgłosem nieznanej pieśni z tajemniczych naw gotyckiego kościoła, tryskała jak woda zdrojowa z gwaru i ulicznej zabawy łobuzów szkolnych – jak dziwnie wesoły symbol zjawisk nieznanych ukazywała się i przywierała do słuchu na zawsze – z ust sprzedajnej dziewczyny. Z wolna, niepostrzeżenie Rozłucki wdrażał się w język polski i spoufalił z nim w sposób szczególny. Poczęły go wkrótce gniewać wyrazy, których nie rozumiał, nie- pokoić słowa stare jak plemię polskie, tajemnicze jak przeszłość i bolesne jak los. Złościły go rozmowy, których w cukierni nie rozumiał. Nade wszystko nękały krót- kie, urwane półsłówka, metafory, lotne przenośnie, piękne jak motyle określenia sfruwające w wesołej rozmowie, albo niepostrzeżone i chybkie jak spojrzenie ucinki i przymówki padające z ust kobiecych. Jeżeli jednak od kogo nauczył się najwięcej, to właśnie od kozdrojowców. Tu każda przenośnia była naocznie demonstrowana przez odpowiedni przykład z życia – każdy najbardziej zagmatwany dowcip tłumaczyła do- kładna znajomość tła, z którego wypływał. Toteż Piotr miał na swym podwórzu jakby nieustającą lekcję tego języka, zepchniętego na podwórza i śmietniki. Podobnie jak podpatrywał ze swego okna życie i czyny elewów p. Kozdroja – dla rozrywki – tak samo, ażeby dokładnie rozumieć cały sens tej rozrywki, wiedzieć, o co chodzi – pod- słuchiwał język, przyswajał go sobie i zagłębiał się coraz bardziej w jego tajniki. 43 VII W końcu listopada skorzystał z pięknej, jesiennej pogody i wyruszył konno, w to-
|
Wątki
|