Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Czy mamy mu wysłać życzenia albo dać order?
- Nie bądź wulgarny. Prawie złamałeś mu nos... - O, doprawdy! Jak się wchodzi do kuchni, by przygotować drinka, i widzi sąsiada z tej samej ulicy z jedną ręką na tyłku żony, a drugą w dekolcie... - Daj spokój - odpowiedziała cnotliwie matka, lecz w jej głosie zabrzmiało niemalże zadowolenie. Sprawa stawała się coraz dziwniejsza. - Pora, byś zrozumiał, że Dick Sleefort to nie wcielony diabeł, i pora, by Jessie zrozumiała, że Adrienne Gilette to po prostu samotna stara kobieta, która dla żartu dała jej po łapach podczas przyjęcia w ogrodzie. Proszę, nie wściekaj się na mnie, Tom: nie twierdzę, że to dobry żart, wręcz przeciwnie. Chcę powiedzieć, że Adrienne po prostu tego nie wyczuła. Nie miała złych zamiarów. Jessie spuściła oczy i spostrzegła, że prawie złamała grzbiet książki trzymanej w prawej ręce. Jak to możliwe, że matka, która ukończyła z wyróżnieniem Vassar College (cokolwiek to oznacza), jest taka głupia? Odpowiedź wydawała się Jessie oczywista: Sally nie jest taka głupia. Albo świadomie oszukuje, albo nie potrafi dostrzec prawdy. Narzucało się to samo przez się: zmuszona dokonać wyboru między tym, czy dać wiarę brzydkiej starej kobiecie spędzającej lato w pobliskim domku letniskowym, czy własnej córce, Sally Mahout wybrała Puchatkę. Niezły wybór, co? Jestem córeczką tatusia - to dlatego. To główna przyczyna, lecz nie mogę jej tego powiedzieć, a ona sama nigdy się nie domyśli. Nigdy, nawet za milion lat. Jessie siłą woli rozluźniła dłoń trzymającą książkę. Pani Gilette naprawdę chciała ją uderzyć, naprawdę miała złe zamiary, lecz ojciec i tak się nie mylił: Jessie nie odczuwała już lęku przed starym babsztylem. Poza tym miała postawić na swoim i zostać z ojcem, więc żadne idiotyczne uwagi matki nie liczyły się już, prawda? Jessie zostanie z tatusiem, nie będzie musiała patrzeć na Puchatkę, a wszystko dlatego, bo... - Bo tatuś jest po mojej stronie - mruknęła. Tak, szczera prawda. Ojciec stoi po stronie Jessie, a matka stoi nad nią jak kat nad dobrą duszą. Jessie dostrzegła na ciemniejącym niebie słabo świecącą planetę Wenus i nagle zdała sobie sprawę, że siedzi na tarasie i podsłuchuje rodziców, którzy od prawie trzech kwadransów rozmawiają o niej i o zaćmieniu Słońca. Przy okazji odkryła mało znaczący, lecz interesujący fakt: czas biegnie najszybciej, gdy podsłuchuje się rozmowy o sobie. Prawie bezmyślnie uniosła dłoń, chwyciła planetę i wypowiedziała w myśli życzenie, by pozwolono jej zostać tu jutro z tatusiem. Zostać z nim, żeby nie wiadomo co. Żeby byli niczym dwoje ludzi, którzy się kochają od wielu lat, siedzą razem na werandzie i jedzą hamburgery... Jak stare małżeństwo. - Jeśli chodzi o Dicka Sleeforta, przeprosił mnie później, Tom. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek ci o tym wspominałam... - Owszem, wspominałaś, ale nie przypominam sobie, żeby Sleefort kiedykolwiek mnie przepraszał... - Pewnie się bał, że rozwalisz mu głowę, a przynajmniej spróbujesz to zrobić... - odpowiedziała Sally, mówiąc szczególnym tonem: wydawał się on nerwową mieszaniną zadowolenia, dobrego humoru i gniewu. Jessie zastanawiała się przez chwilę, czy osoba zupełnie zdrowa na umyśle może mówić w taki sposób, po czym natychmiast zdusiła w sobie ową myśl. - Poza tym chciałabym powiedzieć ci coś jeszcze o Adrienne Gilette, zanim całkowicie porzucimy ten temat... - Słucham cię. - Powiedziała mi w pięćdziesiątym dziewiątym roku, całe dwa lata później, że przechodziła wtedy menopauzę. Nie wspomniała o Jessie ani o incydencie z ciasteczkiem, ale chyba starała się przeprosić. - Och... - Ojciec mówił swoim najchłodniejszym, najbardziej adwokackim tonem. - A czy któraś z was, kobiet, usiłowała przekazać tę informację Jessie... i wytłumaczyć jej, co to znaczy? Matka milczała. Jessie, która ciągle miała bardzo blade pojęcie o tym, co oznacza słowo “menopauza”, spuściła oczy i zauważywszy, że znów o mało nie złamała grzbietu książki, rozluźniła ręce. - Albo może ją przeprosić? - ciągnął ojciec łagodnym, pieszczotliwym, morderczym tonem. - Przestań mnie przesłuchiwać! - wybuchnęła Sally po długim, napiętym milczeniu. - Jesteśmy w domu, a nie w sądzie okręgowym, jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś! - To ty poruszyłaś ten temat, nie ja - odparł Tom. - Po prostu pytałem... - Och, jak ty wszystko przekręcasz - przerwała Sally. Jessie poznała po tonie jej głosu, że albo już płacze, albo za chwilę się rozpłacze. Po raz pierwszy, odkąd pamiętała, płacz matki nie wzbudził w niej współczucia (nie miała najmniejszej ochoty jej pocieszać, prawdopodobnie sama by się przy tym rozbeczała); zamiast tego czuła dziwną, kamienną satysfakcję. - Jesteś zdenerwowana, Sally. Dlaczego po prostu... - Masz rację, jestem zdenerwowana! Denerwują mnie kłótnie z własnym mężem, czy cię to nie dziwi? A wiesz, o co się kłócimy? Poddam ci pewną myśl, Tom: nie kłócimy się o Adrienne Gilette ani o Dicka Sleeforta, ani o jutrzejsze zaćmienie. Kłócimy się o Jessie, naszą córkę, więc to przecież nic nowego! - Roześmiała się przez łzy. Rozległo się suche pstryknięcie, gdy zapalała papierosa. - Jest takie przysłowie: wóz ma cztery koła, ale smaruje się to, które piszczy. A taka właśnie jest przecież nasza Jessie, prawda? Jest kołem, które piszczy. Zawsze niezadowolona, dopóki sama nie urządzi wszystkiego po swojej myśli. Nigdy nie podobają jej się cudze pomysły. Nigdy nie ma z nią spokoju. Jessie z przerażeniem słuchała głosu matki, w którym brzmiało coś bardzo podobnego do nienawiści.
|
Wątki
|