Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Dilvish obrócił się gwałtownie. Macka z głośnym plaśnięciem wylądowała w miejscu, w którym znajdowałby się Dilvish, gdyby nie zmienił kierunku. Zaczęła dziko kołysać się wokół. Był jednak poza jej zasięgiem i stał już blisko wschodniego przejścia. Obrócił taczkę i popędził w tym kierunku. Plaśnięcia nie ustały.
Dopiero teraz, uciekając, miał możliwość przyjrzeć się swemu pasażerowi. Wciągnął powietrze i stanął, opuszczając pojazd i obchodząc go dookoła. Pierś Arlaty unosiła się wolno. Przykrył ją suknią i przyjrzał się jej twarzy. - Arlata? Nie drgnęła. Głośniejszym tonem powtórzył jej imię. Nie zareagowała. Lekko poklepał ją po policzku. Głowa obsunęła się na bok i tam pozostała. Podźwignął taczkę i ruszył. Pierwsze pomieszczenie, do którego dotarł, było rupieciarnią pełną różnych narzędzi. Przeszedł dalej, sprawdzając następne. Pokój czwarty był bieliźniarką, pełną poskładanych zasłon, narzut, kołder, dywaników i ręczników. Wepchnął Arlatę do środka i rozwiązał rzemienie. Za samotnym, maleńkim oknem zamigotała czerwona smuga. Przeniósł dziewczynę na stos bielizny i przykrył ją rozłożonym kocem. Zamknął za sobą drzwi, wpadł na korytarz i wybałuszył oczy. Był doskonale oświetlony, a cała jasność dochodziła zaledwie z kilku małych okienek. W blasku raz jeszcze spostrzegł ślady kopyt. Poszedł za nimi i dotarł do miejsca, w którym szlak przecinał się z wyściełanym korytarzykiem. Tu ślady się urywały. Stał przez moment niezdecydowany. Wzruszył ramionami i skręcił w lewo. Przed sobą miał długą, prostą i oświetloną drogę, ale nagle zdarzyło się coś dziwnego. Sześć kroków przed nim powietrze zamigotało, pociemniało i nastąpiła dymna fuzja. Nieoczekiwanie wyrosła przed nim kamienna ściana. Parsknął śmiechem. - W porządku - mruknął. Zrobił w tył zwrot i pomaszerował w stronę drugiej części korytarza, sprawdzając po drodze swój miecz. * * * Odil, Hodgson i Derkon obżerali się w spiżarni, którą spotkali po drodze. - Co to jest, u diabła? - zapytał Derkon, wskazując na udziec barani wiszący w świetliku, który niespodziewanie przybrał kolor płonącej czerwieni. Pozostali spojrzeli w tym kierunku, ale czerwień zgasła, pozostawiając za sobą lekką poświatę. - Czy to pożar? - zastanowił się Odil. Jasność zniknęła, a po niej przyszedł mrok. - Mniej więcej - odparł Hodgson. - Nie rozumiem - powiedział Odil. - Wszystko na zewnątrz dzieje się niezliczoną ilość razy szybciej niż normalnie. - I jakoś nam się udało - zerwaliśmy zaklęcie zabezpieczające? ' - Chyba tak. - A ja myślałem, że to tylko rozwali mury lub coś w tym rodzaju. Derkon zaśmiał się. - Opuszczając to miejsce teraz, z pewnością zginiemy! Znajdziemy się na odludnej pustyni pozostawieni na pożarcie potworom - albo jeszcze gorzej... Derkon wybuchnął śmiechem raz jeszcze i podał mu butelkę. - Trzymaj. Musisz się napić. Zaczynasz fantazjować... Odil odetkał flaszkę i pociągnął głęboki łyk. - Co mamy robić? - spytał. - Jeśli nie możemy się stąd wydostać... - Dokładnie. Jest jakieś inne wyjście? Czy pamiętasz nasz pierwotny zamiar? Odil, który właśnie podnosił butelkę, by pociągnąć następny łyk, opuścił ją i szeroko otworzył oczy. - Mamy udać się do tego stwora i spróbować go związać? Tylko nas trzech? W takim stanie? Hodgson pokiwał głową. - Jeśli nie uda nam się wyleczyć Vane'a - lub znaleźć Dilvisha - pozostanie nas trzech. - Nawet gdy zwyciężymy, co nam to da? Hodgson spuścił wzrok. Derkon zamruczał. - Być może nic - odezwał się - ale zanosi się na to, że jedynie Starszy posiada moc, która jest w stanie odwrócić to, co się dzieje - i odesłać nas z powrotem. - Jak to zrobimy? Derkon wzruszył ramionami i spojrzał na Hodgsona, prosząc go wzrokiem o radę. Kiedy jednak jej nie otrzymał, oświadczył: - Cóż, pomyślałem, że modyfikacja i kombinacja kilku najsilniejszych zaklęć wiążących, jakie znam... - One są przeznaczone dla demonów, prawda? - dociekał Odil. - A ten stwór nie jest demonem. - Nie, ale zasada wiązania jest taka sama w każdym przypadku. - Zgadza się. Ale normalne Imiona Mocy nie zadziałałyby w przypadku Starszego. Musiałbyś cofnąć się do Starszych Bogów po niezbędną terminologię. Derkon poklepał się po udzie. - Świetnie! Zmusiłem cię do myślenia! - krzyknął. - Opracuj stosowną listę Imion, podczas gdy ja zajmę się modyfikacjami. Połączymy je ze sobą, gdy tylko się tam dostaniemy i zwiążemy staruszka na supły. Odil potrząsnął głową. - To nie takie proste... - Spróbuj! - Ja pomogę - odezwał się Hodgson, dostrzegając zwątpienie Odila. - Nie widzę innego wyjścia. Porozmawiali jeszcze przez moment, kończąc jedzenie, a Derkon poskładał zaklęcie. W końcu stwierdził: - Nie warto odkładać tego na później. Pozostali przytaknęli. Opuścili spiżarnię i stanęli. - Przyszliśmy z tej strony - rzekł Hodgson, marszcząc brwi i kładąc rękę na ścianie po prawej stronie. - Prawda? - Tak mi się wydawało - szepnął Derkon, spoglądając na Odila, który skinął głową. - Racja. Jednak - tu odwrócił się w lewo. - Pozostało nam teraz tylko to przejście. Ruszyli w tę stronę. Hodgson odkaszlnął. - Coś wyraźnie odsuwa nas od wyznaczonego celu - odezwał się, kiedy przechodzili przez szeroki, niski hali. - Albo wrócił Jelerak i zabawia się naszym kosztem, albo Starszy jest świadom naszych intencji i próbuje nas od siebie oddalić. W tym przypadku... - Nie - zaprotestował Derkon. - Jestem wystarczająco wrażliwy, by czuć, że kryje się za tym coś innego. - Co? - Nie mam pojęcia, ale nie jest do nas przychylnie nastawione. Opuszczając hali i biorąc kolejny zakręt, doszli do małej niszy. Tam, na ciężkim, drewnianym stole leżały trzy miecze różnej długości, każdy z pochwą i pasem. - Coś takiego - zdziwił się Derkon. - Założę się, że każdy z nas będzie miał z nich pożytek. - Takie miecze zawsze są przydatne - zauważył Odil. Podszedł do stołu i zebrał je. * * * Czarna postać przedarła się przez mury obronne, błyszcząc oczami pod bladym, pokrytym sadzą, żółtawym niebem. Wyciągnęła głowę i zmierzyła wzrokiem pulsujący krajobraz piachu i kamieni. Dokoła wyły surowe wichry. - Przybyłem - odezwał się głos o dziwnym brzmieniu - do tego miejsca, gdzie możemy porozmawiać. Pomogę ci. - Może... - rozległo się dokoła. - Jak to „może"?
|
WÄ…tki
|